Back from Namysłów city.

ImageTego posta piszę bardzo na świeżo, bo dopiero co wróciłem z trasy i zmyłem z siebie zapach dalekobieżnego pks’u. To był intensywny wyjazd.

W piątek grałem stand up w Namysłowie. Bardzo sympatyczne miasteczko. Elegancka, poniemiecka zabudowa, dużo zieleni, unoszący się ulicami zapach chmielu, wydzielany przez miejscowy browar (to chyba jedyny wyziew produkcyjny świata, który ładnie pachnie.)

Namysłów jest tym typem miasteczka, w którym pan żul zbierający na tanie piwo, dostaje pod sklepem własny taborecik. Mieszkańcy bardzo gościnni, aż za bardzo. Już tłumaczę, o co mi chodzi.

Spotkałem się tam z gościnnością, na którą, zdawałoby się, można się natknąć tylko wśród Eskimosów (podobno wpuszczają każdego do igloo i pozwalają brać co chce.)

Zarezerwowałem sobie nocleg w pensjonacie kilka dni wcześniej. Kiedy się pod nim zjawiłem o umówionej porze, nikt nie spuścił mnie do środka. Nie oznacza to jednak, że nie wszedłem. Właściciel wytłumaczył mi telefonicznie, żebym obszedł budynek, wlazł po bocznych schodach, pchnął drzwi na tarasie i się rozgościł. Tuż przy wejściu stał telewizor, na przeciwko mikrofalówka, dalej w głębi żelazko, czajnik, parę innych rzeczy. Gdybym był złym człowiekiem, spokojnie mógłbym się wzbogacić o jakiś tysiąc złotych. To jest sytuacja, w której powiedzenia „nie kuś złego” i „zapraszać złodzieja do domu” przestają być tylko metaforami.

Pewnie myślicie, że właściciel przyszedł później i pobrał pieniądze? Akurat. Nie widziałem człowieka na oczy. Kazał mi zanieść pieniądze swojej szwagierce, mieszkającej w domu obok. Tam też jednak nie udało mi się dopukać i ostatecznie zostawiłem pieniądze na stoliku nocnym.

Występowałem w pubie Amsterdam. Jego właściciel jest bardzo spoko gościem, ma zajawkę na stand up i właśnie z tej zajawki się tam wziąłem:) Naprawdę ciekawy, wyzwolony człowiek. Podobno większa część ludzi odwiedza knajpę ze względu na niego.

Piszę i piszę, a dalej ani słowa o występie. Hmmm… Nie bez powodu. Był ciężki, bardzo ciężki. Połowa publiczności nie chciała słuchać, a druga połowa konsekwentnie i aktywnie utrudniała. Spotkałem się z całym rozbudowanym i różnorodnym panteonem przeszkadzaczy, w którego skład weszli między innymi:

1. Teolog amator, który bez wyraźnego kontekstu zaczął mi robić wykład, o tym że aktualny wizerunek Świętego Mikołaja powstał dopiero sześćdziesiąt lat temu.

2. Cały stolik młodych dam, bardzo inteligentnie czepiających się każdego mojego słowa.

3. Lokalny ćpun, który namiętnie krzyczał: „przestań pierdolić,” a w kulminacyjnym momencie wszedł na scenę i próbował mi zabrać mikrofon.

Nie ma co ukrywać, dostałe wpierdol jak rzadko. Ale jak mawiał Lenin, to w ogniu hartuje się stal.

(Gdyby Lenin studiował metalurgię, jechałby na trójach, bo stal hartuje się też wodą i kwasem.)

W sobotę (czyli wczoraj) grałem z kabaretem PUK w Oleśnicy. Występowaliśmy razem z Marcinem Dańcem i sytuacja jakoś tak się zamieszała, że to on był naszym supportem, a nie my jego. Trzeba przyznać, dobrze rozgrzał publiczność.

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Back from Namysłów city.”

Możliwość komentowania jest wyłączona.