Wyznania wrednego kelnera

stand up gastronomia

Graliśmy wczoraj stand up w Alternatywach przy krakowskim Małym Rynku i przez przypadek gastronomia ze mnie wyszła. Graliśmy w trzech – ja, Marcin Wojciech i Adam Grzanka. Ostatni kolega dosyć mocno mnie zaskoczył. Widziałem go na scenie wielokrotnie, ale w zazwyczaj w roli konferansjera. Jako komika po raz pierwszy. Pozytywnie. Potrafi przekonująco mówić o swoich dziwnych zajawkach. Naprawdę mocno porwał publiczność.

Swoją drogą, ja też zaskoczyłem sam siebie. Na widowni było dużo ludzi, którzy widzieli już wszystko, co mam. Pod wpływem impulsu wywaliłem przygotowane żarty i zacząłem na spontanie gadać o kelnerstwie. Flow mi się włączył. Niesiony lekko symulowaną frustracją opowiedziałem szereg anegdot dotyczących bezgranicznej głupoty klientów restauracji. Parę miesięcy temu gastronomia mnie wypluła – przestałem być napędem do tacy. Już mogę.

Myślę, że był to jednorazowy wybryk – stand up terapeutyczny. Raczej już nigdy nie powiem tych setów. Dlatego publikuję je tutaj.

Marudzenie sfrustrowanego kelnera

Ciekawe, że po przekroczeniu progu restauracji, ludziom często coś się zmienia w głowie. Idzie sobie po ulicy księgowa pod rękę z nauczycielem, który bardzo chciałby być dyplomowany, ale mu nie idzie. Wkraczają do restauracji i zaczyna im się wydawać, że są królową Elżbietą II i księciem Filipem. Wyobrażają sobie, że zaraz po ich wejściu zjawi się rządek kelnerów ze srebrnymi tacami i że będą mogli tymi kelnerami pomiatać. Często próbują. Krzywią się, dokazują i wymyślają astronomiczne bzdury. I przy okazji są całkowicie nieświadomi, że piszą obsługującemu ich kelnerowi stand up.

Była taka czwórka klientów – dwa starsze małżeństwa. Zawsze przychodziły razem. Odwiedzali knajpę bardzo często i regularnie truli, żeby dać im kartę stałego klienta (wiąże się z nią kilka przywilejów – zniżka, darmowy drink na dzień dobry.) Truli, truli i wytruli. Któregoś dnia menadżerka uległa i kazała wydać im ten bezcenny kawałek plastiku. Mam teorię, że normalny człowiek w tej sytuacji by powiedział „dziękuję”. „Państwo” natomiast zachowało się zgoła inaczej. W imieniu całej ekipy wypowiedziała się baba o twarzy starej laboratoryjnej małpy, której nikt nigdy nie dał banana. Po otrzymaniu karty i darmowych drinków wycharczała swoim papierosianym głosem: „No wreszcie nas  traktują jak należy.”

Innym razem, inna baba, swoją drogą mocno przypominająca Bukę z Muminków, zapytała mnie przeglądając kartę: „A to cochiglioni z jagnięciną w sosie z koziego sera, to co to jest?” „To jest makaron, muszelki, z kawałkami delikatnego mięsa…” – zacząłem tłumaczyć. „To jest jakieś badziewie!” – przerwała mi – „Poproszę Capriciosę!” Rzeczywiście makaron z jagnięciną jest badziewiem, kiedy postawić go przy najbardziej oklepanej pizzy z szynką i pieczarkami.

Gastronomia nauczyła mnie też, że przysłowie „dasz palec, wezmą rękę” jest prawdziwe. Boleśnie prawdziwe. Przez jakiś czas wpuszczaliśmy klientów z psami. Niestety fama się rozniosła i restauracja momentami zaczęła przypominać psiarnię. Raz ludzie władowali się z Amstafem bez smyczy i kagańca. Na prośbę, żeby jednak coś potworowi założyć, usłyszałem, że on nie jest przyzwyczajony i że nie gryzie. Mhhh, akurat. Jego rasę przez kilka stuleci hodowano do walki z bykami i karmiono surowym mięsem, a ten jeden akurat nie gryzie. To rodzina musi z niego nie być dumna. Czarna owca j*bana.

Ze względu na tego typu incydenty przestaliśmy wpuszczać psy. Oczywiście stało się to powodem nowego typu fochów. „Proszę pana, niech pan nas wpuści z pieskiem.” – prosi jakaś pani. „Niestety, z pieskami nie wpuszczamy.” – odpowiadam. „Ale kiedyś wpuszczaliście.” „Ale już nie wpuszczamy.” Dopiero podczas opuszczania lokalu odezwał się mąż wyżej wymienionej pani: „Proszę pana ten pies był w restauracjach w całej Europie, w Wiedniu, Rzymie, we Frankfurcie!” I poszedł.  Ja nie byłem w tych knajpach. Nie wiem, mam temu psu zazdrościć, czy coś?

Niedzielna gastronomia – stand up z najgorszego dnia tygodnia

W każdej pracy, jaką miałem, zdarzało mi się być niegrzecznym. W tej też czasami pyskowałem klientom. A właściwie to nie czasami, ale dosyć regularnie. A tak zupełnie naprawdę to prawie codziennie. Aż się dziwię, że to ja się zwolniłem, a nie , że mnie zwolnili. Podam kilka moich tekstów z których jestem wyjątkowo dumny.

Cała gastronomia drży przed dniem świętym. Przed jego rozpoczęciem kelnerzy i kucharze biorą leki uspokajające, a po jego zakończeniu piją na umór. W niedzielę w knajpach panują nastroje jak przed bitwą z przeważającymi siłami wroga. Bo to jest bitwa. Wszyscy przychodzą równo o czternastej. Cała sala, na raz. Jest chyba oczywiste, że w tej sytuacji dosyć długo czeka się na cokolwiek. Nie dla klientów restauracji. Oni zakładają, że będziemy wyciągać dania i napoje z rękawów. Raz musiałem podejść do gości i przeprosić, że na napoje będą musieli poczekać jeszcze dwadzieścia minut.

„No może nie umrzemy z pragnienia.” – odpowiedział facet z rodzącym się fochem.

„No raczej mało prawdopodobne. To z reguły trwa trzy dni.”

Klienci też nie są wstanie zrozumieć, że ich chęć aby usiąść przy danym stoliku nie zakrzywia czasoprzestrzeni i nie sprawia, że stolik trzyosobowy staje się w cudowny sposób stolikiem pięcioosobowym.  Raz prowadziłem pertraktacje z pewną panią, skądinąd sympatyczną. Chciała zarezerwować stolik  dla trzynastu osób w małej salce, gdzie mieści się tylko dwanaście.
„Ale co?” – pyta mnie pani – „Jak ta trzynasta osoba przyjdzie, to chyba pozwolicie jej usiąść.” „Proszę pani” – odparłem śmiertelnie grzecznie – „Jeśli ta osoba jest doświadczonym fakirem i potrafi lewitować nad stolikiem, to nie ma problemu. W innej sytuacji się nie zmieści.”

Ciekawym zjawiskiem jest portal gastronauci.pl. W teorii jest to platforma do dzielenia się informacjami na temat lokali. W praktyce mam wrażenie, że aby się na nim zarejestrować, trzeba przedstawić zaświadczenie o solidnej paranoi. Menadżerki czasami wyszukiwały różne opinie na nasz temat. Z reguły abstrakcyjne do kwadratu. Ten post to jest swoista zemsta. A macie, fiuty!

 

Komentarze

Komentarze

9 myśli na temat “Wyznania wrednego kelnera”

  1. 🙂 fakt, Adam jeszcze przed swoim występem już dawał nieco czadu :)Było bardzo fajnie – i nie ważne, ze nie zawsze było śmiesznie, było za to bez przerwy ciekawie. Zwłaszcza, ze ten występ stand-up’owy przerodził sie był w impro-stan-up. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
    Adam , jak było widać, miał przygotowany tekst, ale po dość krótkim czasie poszedł na żywioł. Przedtem, chyba nieco pod przymusem 🙂 – Marcin….
    Przyznam, ze chętnie jeszcze posłuchałbym, tych opowieści gastronomicznych – bo jak pod soczewką, skupiaja one historie ludzkiej głupoty i zadęcia. A te, o ile nie są żenujące lub budzące odrazę, są zawsze śmieszne. I ciekawe: co też ludzie potrafią wymyslić, zeby (nieuprawnienie) podnieść swoje ego.

    Podobało mi się, że Trzej Panowie (a także open-mikowcy) najwyraźniej nie przyjęli jako porażki brak huraganowych wybuchów śmiechu – bylo, powtarzam, ciekawie i interakcyjnie 🙂
    A swoja drogą, czy nie fajniej jest sprawdzać działanie skeczy/puent/gagów/dowcipów/i.t.p’ów w wyrozumiałym i przyjaźnie nastawioną publicznością?
    Adam zdał egzamin z przedpremiery celująco (jest jeszcze taka ocena, nie wiem, bo jestem stary i nie powinienem już żyć….:))- ale on sobie to już poćwiczył wiele razy jako konferansjer. Ale wróże mu świetlaną przyszłość…. jest jeszcze taki młody 🙂 🙂

    1. pisze:Witam!Raz jeszcze dziękuję wszystkim komentującym za podzielenie się Waszymi problemami, opiniami i doświadczeniami. Przede wszystkim okazało się, że przy tworzeniu moich e-warsztatów nie skupiałem się za mocno na mentalności przedsiębiorcy, czyli jednej z Waszych obaw związanej z założeniem i prowadzeniem biznesu. Natomiast większość pozostałych problemów została skutecznie rozwiązana już w pierwszych blokach warsztatów, gdzie prowadzę przez fundamenty stabilnego biznesu.Duża część komentarzy, które przeczytałem jest naprawdę inspirująca, dlatego bardzo dziękuję za wszystkie słowa i poświęcony czas, a w podziękowaniu przygotuję rozwiązania wielu Waszych obaw i wątpliwości, które często mają bardzo kruche podstawy. Myślę, że na tym etapie wyklarowało się pięć głównych problemów:- obawa przed założeniem jakiegokolwiek własnego biznesu i tutaj mam niewiele do powiedzenia jeśli chodzi o moje doświadczenie, bo wielu takich obaw sobie nie przypominam. Niemniej wiem kiedy miałem z nimi do czynienia i o tym Wam opowiem.- problem z organizacją działań logistycznych sklepu to sprawa, która często powstrzymuje Was przed działaniem. Jeden z komentarzy, który mnie urzekł mówił: żeby bez 20 000 złotych na otwarcie sklepu internetowego wcale nie zaczynać.Powiem tak, żaden ze sklepów, który tworzyłem nie zatowarował się na początek na taką kwotę, bo internet w wielu branżach jest zbyt dynamiczny by pozwolić sobie na popełnienie tego fundamentalnego błędu. E-sklep to nie stacjonarny sklep wielobranżowy, w którym bez szerokiego asortymentu i zapchanych po brzegi półek nie sprzedamy nawet rolki papieru toaletowego.Kwestii logistycznych było poruszonych więcej ale odpowiedź otrzymacie zarówno w wideo, które przygotuję jak i szczegółowo w bloku warsztatów, który możecie odebrać w ramach pozostawionych komentarzy.- kwestia niskich cen i wojen cenowych w sklepach internetowych. Temat rzeka, który zawsze pozostawał z boku moich biznesów i w odpowiedzi będę chciał przytoczyć Wam konkretne kejsy, np. gdy komputer sprzedaje się na allegro na marży 25-30% Znacie takie przypadki?Nieco więcej w temacie walk cenowych w sieci znajdziecie też w słowach, które wypowiedziałem już wcześniej: – Sprawy księgowo prawne, założenie i prowadzenie w pełni legalnego biznesu. Upewniliście mnie w tym, że przy tworzeniu jednego z bloków moich e-warsztatów wspomogę się wiedzą i praktyką dwóch księgowych, z którymi od kilku lat mam do czynienia. To ludzie kompetentni, którzy nigdy nie zawiedli mojego zaufania, dlatego ich rady i wskazówki dla sklepów internetowych przekazuję w warsztatach.- Sprawa ruchu w sklepie i samej sprzedaży to również jedna z wiodących obaw. Aż 3 z 8 bloków e-warsztatów to różnego rodzaju działania związane z wygenerowaniem wartościowego ruchu w sklepie, zatrzymaniem klienta przy sklepie, a tym samym budowaniem stabilnego e-biznesu. Nagranie z odpowiedziami na Wasze komentarze udostępnię do poniedziałku, wtedy też zakończymy premiowanie komentarzy lub szybciej jeśli osiągniemy 100 komentarzy. Myślę, że nagroda dla 100 osób to całkiem sporo do rozdania. Natomiast 1% szans na wygranie półpasywnego biznesu to już nieco mało, dlatego poniedziałek lub 100 komentarzy to terminy ostateczne.

  2. ha. często się zastanawiałam kto kiedyś wyda książkę z całą patologią gastronomii. książki nie ma, ale za to na fb pojawiła się grupa „nie znasz życia jak nie pracowałeś w gastro” – padam ze śmiechu:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.