Wyznania wrednego kelnera

kelnerGraliśmy wczoraj w Alternatywach przy mniejszym z krakowskich rynków, pod numerem cztery. Graliśmy w trzech – ja, Marcin Wojciech i Adam Grzanka. Ten ostatni pan dosyć mocno mnie zaskoczył (pierwszy raz widziałem go w funkcji stand up’era.) Potrafił tak przekonująco mówić o swoich dziwnych zajawka, że publiczność się wciągnęła, dała porwać, całkowicie zwariowała. Pozytywnie też zaskoczył jeden z open mikowców – Miłosz, z którego nabijaliśmy się, że wygląda na Norwega czy innego Bjorna.

Swoją drogą też dosyć mocno się zaskoczyłem. Pod wpływem impulsu, tuż przed swoim występem wywaliłem wszystkie swoje stare żarty o kelnerstwie i poszedłem we flow. Zacząłem gadać również o pracy w knajpie, ale dużo ostrzej i bardziej prawdziwie niż kiedykolwiek. Niesiony lekko symulowaną frustracją opowiedziałem szereg anegdot dotyczących bezgranicznej głupoty klientów restauracyjnych. Już nie pracuję w gastronomii, więc mogę.

Myślę, że był to jednorazowy wybryk. Raczej już nigdy tego nie powiem, dlatego pakuję wszystkie historyjki w tego posta.

Ciekawe, że po przekroczeniu progu restauracji, ludziom często coś się mocno zmienia w głowie. Idzie sobie po ulicy taka księgowa, pod rękę z nauczycielem, któremu nie wychodzi uzyskanie stopnia „dyplomowany.” Wchodzą do byle restauracji i zaczyna im się wydawać, że są królową Elżbietą II i księciem Filipem. Wyobrażają sobie, że zaraz po ich wejściu zjawi się rządek kelnerów ze srebrnymi tacami i że będą mogli się na tych kelnerach wyżywać. W każdym razie próbują.

Była taka czwórka klientów – dwa starsze małżeństwa, zawsze przychodziły razem. Odwiedzali knajpę bardzo często i regularnie truli, żeby dać im kartę stałego klienta (oczywiście z taką kartą wiąże się kilka przywilejów – zniżka, darmowy drink na początek.) Truli, truli i wytruli. Któregoś dnia menadżerka nakazała, aby rachunek zrabatować i podać darmowy likier. Mam teorię, że normalny człowiek w tej sytuacji by podziękował. Natomiast jedna baba z tego zaszczytnego towarzystwa – jej twarz zawsze mi się kojarzyła ze starą laboratoryjną małpą, której nikt nigdy nie dał banana, powiedziała do mnie zgrzytliwym tonem: „No wreszcie nas państwo traktują jak należy.”

Innym razem, inna baba, swoją drogą mocno przypominająca Bukę z Muminków, zapytała mnie przeglądając kartę: „A to cochiglioni z jagnięciną w sosie z koziego sera, to co to jest?” „To jest makaron, muszelki, z kawałkami delikatnego mięsa…” – zacząłem tłumaczyć.
„To jest jakieś badziewie!” – przerwała mi – „Poproszę Capriciosę!”
Rzeczywiście makaron z jagnięciną jest badziewiem, kiedy postawić go przy pizzy z szynką.

Przez jakiś czas wpuszczaliśmy klientów z psami, niestety fama się rozniosła i restauracja momentami zaczęła przypominać psiarnię. Raz ludzie władowali się z Amstafem bez smyczy i kagańca. Na prośbę, żeby jednak coś potworowi założyli, usłyszałem, że on nie jest przyzwyczajony i że nie gryzie. Mhhh, akurat. Jego rasę przez kilka stuleci hodowano do walki z bykami i karmiono surowym mięsem, a ten jeden akurat nie gryzie.

Ze względu na kilka tego typu incydentów, przestaliśmy wpuszczać psy. Oczywiście stało się to powodem nowego typu fochów. „Proszę pana, niech pan nas wpuści z pieskiem.” – prosi jakaś pani. „Niestety, z pieskami nie wpuszczamy.” – odpowiadam. „Ale kiedyś wpuszczaliście.” „Ale już nie wpuszczamy.” Dopiero podczas opuszczania lokalu odezwał się mąż wyżej wymienionej pani: „Proszę pana ten pies był w restauracjach w całej Europie, w Wiedniu, Rzymie, we Frankfurcie!” I poszedł. Nie wiem, mam temu psu zazdrościć, czy coś?

Oczywiście zdarzało mi się odcinać. Właściwie dosyć regularnie, tak naprawdę prawie codziennie. Aż się dziwię, że to ja się zwolniłem, a nie , że mnie zwolnili. Podam kilka moich tekstów z których jestem wyjątkowo dumny.

W niedzielę wszyscy przychodzą równo o czternastej. Cała sala, na raz. Jest chyba oczywiste, że w tej sytuacji dosyć długo czeka się na cokolwiek. Raz musiałem podejść do klientów i przeprosić, że na napoje będą musieli poczekać jeszcze dwadzieścia minut.

„No może nie umrzemy z pragnienia.” – odpowiedział klient z rodzącym się fochem.

„No raczej nie, to z reguły trwa trzy dni.”

Klienci też nie są wstanie zrozumieć, że ich chęć aby usiąść przy danym stoliku nie zakrzywia czasoprzestrzeni i nie sprawia, że stolik trzyosobowy staje się w cudowny sposób stolikiem pięcioosobowym.  Raz prowadziłem pertraktacje z pewną panią, skądinąd sympatyczną. Chciała zarezerwować stolik dla trzynastu osób w małej salce, gdzie mieści się tylko dwanaście.
„Ale co?” – pyta mnie pani – „Jak ta trzynasta osoba przyjdzie, to chyba pozwolicie jej usiąść.” „Proszę pani” – odparłem śmiertelnie grzecznie – „Jeśli ta osoba jest doświadczonym joginem i potrafi lewitować nad stolikiem, to nie ma problemu. W innej sytuacji się nie zmieści.”

Ciekawym zjawiskiem jest portal gastronauci.pl, na którym klienci jadą po kelnerach prawie tak ostro, jak ja tutaj po klientach. Wrzucę tego posta na gastronautów i zobaczę, co się wydarzy.

Komentarze

Komentarze

9 myśli na temat “Wyznania wrednego kelnera”

  1. 🙂 fakt, Adam jeszcze przed swoim występem już dawał nieco czadu :)Było bardzo fajnie – i nie ważne, ze nie zawsze było śmiesznie, było za to bez przerwy ciekawie. Zwłaszcza, ze ten występ stand-up’owy przerodził sie był w impro-stan-up. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
    Adam , jak było widać, miał przygotowany tekst, ale po dość krótkim czasie poszedł na żywioł. Przedtem, chyba nieco pod przymusem 🙂 – Marcin….
    Przyznam, ze chętnie jeszcze posłuchałbym, tych opowieści gastronomicznych – bo jak pod soczewką, skupiaja one historie ludzkiej głupoty i zadęcia. A te, o ile nie są żenujące lub budzące odrazę, są zawsze śmieszne. I ciekawe: co też ludzie potrafią wymyslić, zeby (nieuprawnienie) podnieść swoje ego.

    Podobało mi się, że Trzej Panowie (a także open-mikowcy) najwyraźniej nie przyjęli jako porażki brak huraganowych wybuchów śmiechu – bylo, powtarzam, ciekawie i interakcyjnie 🙂
    A swoja drogą, czy nie fajniej jest sprawdzać działanie skeczy/puent/gagów/dowcipów/i.t.p’ów w wyrozumiałym i przyjaźnie nastawioną publicznością?
    Adam zdał egzamin z przedpremiery celująco (jest jeszcze taka ocena, nie wiem, bo jestem stary i nie powinienem już żyć….:))- ale on sobie to już poćwiczył wiele razy jako konferansjer. Ale wróże mu świetlaną przyszłość…. jest jeszcze taki młody 🙂 🙂

    1. pisze:Witam!Raz jeszcze dziękuję wszystkim komentującym za podzielenie się Waszymi problemami, opiniami i doświadczeniami. Przede wszystkim okazało się, że przy tworzeniu moich e-warsztatów nie skupiałem się za mocno na mentalności przedsiębiorcy, czyli jednej z Waszych obaw związanej z założeniem i prowadzeniem biznesu. Natomiast większość pozostałych problemów została skutecznie rozwiązana już w pierwszych blokach warsztatów, gdzie prowadzę przez fundamenty stabilnego biznesu.Duża część komentarzy, które przeczytałem jest naprawdę inspirująca, dlatego bardzo dziękuję za wszystkie słowa i poświęcony czas, a w podziękowaniu przygotuję rozwiązania wielu Waszych obaw i wątpliwości, które często mają bardzo kruche podstawy. Myślę, że na tym etapie wyklarowało się pięć głównych problemów:- obawa przed założeniem jakiegokolwiek własnego biznesu i tutaj mam niewiele do powiedzenia jeśli chodzi o moje doświadczenie, bo wielu takich obaw sobie nie przypominam. Niemniej wiem kiedy miałem z nimi do czynienia i o tym Wam opowiem.- problem z organizacją działań logistycznych sklepu to sprawa, która często powstrzymuje Was przed działaniem. Jeden z komentarzy, który mnie urzekł mówił: żeby bez 20 000 złotych na otwarcie sklepu internetowego wcale nie zaczynać.Powiem tak, żaden ze sklepów, który tworzyłem nie zatowarował się na początek na taką kwotę, bo internet w wielu branżach jest zbyt dynamiczny by pozwolić sobie na popełnienie tego fundamentalnego błędu. E-sklep to nie stacjonarny sklep wielobranżowy, w którym bez szerokiego asortymentu i zapchanych po brzegi półek nie sprzedamy nawet rolki papieru toaletowego.Kwestii logistycznych było poruszonych więcej ale odpowiedź otrzymacie zarówno w wideo, które przygotuję jak i szczegółowo w bloku warsztatów, który możecie odebrać w ramach pozostawionych komentarzy.- kwestia niskich cen i wojen cenowych w sklepach internetowych. Temat rzeka, który zawsze pozostawał z boku moich biznesów i w odpowiedzi będę chciał przytoczyć Wam konkretne kejsy, np. gdy komputer sprzedaje się na allegro na marży 25-30% Znacie takie przypadki?Nieco więcej w temacie walk cenowych w sieci znajdziecie też w słowach, które wypowiedziałem już wcześniej: – Sprawy księgowo prawne, założenie i prowadzenie w pełni legalnego biznesu. Upewniliście mnie w tym, że przy tworzeniu jednego z bloków moich e-warsztatów wspomogę się wiedzą i praktyką dwóch księgowych, z którymi od kilku lat mam do czynienia. To ludzie kompetentni, którzy nigdy nie zawiedli mojego zaufania, dlatego ich rady i wskazówki dla sklepów internetowych przekazuję w warsztatach.- Sprawa ruchu w sklepie i samej sprzedaży to również jedna z wiodących obaw. Aż 3 z 8 bloków e-warsztatów to różnego rodzaju działania związane z wygenerowaniem wartościowego ruchu w sklepie, zatrzymaniem klienta przy sklepie, a tym samym budowaniem stabilnego e-biznesu. Nagranie z odpowiedziami na Wasze komentarze udostępnię do poniedziałku, wtedy też zakończymy premiowanie komentarzy lub szybciej jeśli osiągniemy 100 komentarzy. Myślę, że nagroda dla 100 osób to całkiem sporo do rozdania. Natomiast 1% szans na wygranie półpasywnego biznesu to już nieco mało, dlatego poniedziałek lub 100 komentarzy to terminy ostateczne.

  2. ha. często się zastanawiałam kto kiedyś wyda książkę z całą patologią gastronomii. książki nie ma, ale za to na fb pojawiła się grupa „nie znasz życia jak nie pracowałeś w gastro” – padam ze śmiechu:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.