Jebana Grafomania

Wczoraj znalazłem w sieci zarąbisty blog komiksowy – „Głosy w mojej głowie”. W pół godziny pochłonąłem wszystko i pożaliłem się nad losem twórcy. To całe wszystko pisał i rysował prawdopodobnie przez rok, a przeczytać można w kilkadziesiąt minut. Taki los autora pasków.

Zanim jeszcze skończyłem czytać, zorientowałem się, że ściągam darmowy program do grafiki trójwymiarowej i że w mojej głowie zaczyna kiełkować myśl, żeby za pomocą modelowania 3D stworzyć własny komiks paskowy opowiadający o codziennym życiu robotów bojowych… „Co, kurwa?” – powiedziałem sam do siebie – „Piszesz bloga (właściwie to nawet dwa, ale jeden jest tajny,) przygotowujesz nowy program stand up’owy, powinieneś dopisać skecze dla PUK’a, parę tygodni temu chciałeś pisać felietony do gazet, a teraz chcesz jeszcze odnawiać swoją znajomość grafiki trójwymiarowej, z którą styczność miałeś w późnej podstawówce i modelować komiks o robotach?”

Niestety, tak mam. Zobaczę coś, spodoba mi się, nabieram chorobliwej chęci, żeby zrobić coś bardzo podobnego, ale jednak innego. Żeby zrobić to coś jeszcze raz, po swojemu.

Jak byłem mały, znajomi rodziców śmiali się z nich, żeby mi kupili jakąś grę planszową, bo rysuję własną. Przyjaciele starszyzny mojej wioski nie rozumieli, że nie chcę nabytej gry, ale swoją, własnomózgowo wymyśloną.

Zacząłem czytać książki właściwie w momencie, w którym odkryłem fantastykę. Pochłaniając dziesiątki książek o cudownych przygodach magicznych bohaterów, jednocześnie tworzyłem własne, bohomazowate, odtwórcze i programowo niedokańczane opowiadania.

Przez jakiś czas moją największą zajawką były gry fabularne. Zamiast skupiać się na graniu w nie, jak moi koledzy, zacząłem wymyślać własne światy z przypisanymi do nich zasadami.

Później zacząłem pisać skecze.

Przy kontakcie z impro jedną z pierwszych rzeczy, jakie chciałem zrobić było wymyślanie nowych zabaw i formatów.

Dzisiaj czytam na masę o technikach kreatywności, a jednocześnie korci mnie, żeby warsztaty prowadzone w oparciu o nauki starych mistrzów wzbogacać o sklecone przeze mnie ćwiczenia.

Nie zrozumcie mnie źle, nie chwalę się. Lubię swój pęd do wymyślania różnych rzeczy, ale jednocześnie jest on lekko maniakalny. I to właśnie do niego odnosi się tytuł posta.

Słowo grafomania można rozumieć dwojako. Pierwsze znaczenie to pisarstwo ekstremalnie nieudolne, kontynuowane pomimo zewnętrznych sygnałów, mówiących: „Przestań, przestań, nigdy więcej nie wystawiaj swoich wypocin na światło dzienne.”

Drugie to jednostka chorobowa, wewnętrzny przymus pisania. Na tak rozumianą grafomanię rzekomo cierpiał King.

O ile do bycia grafomanem w pierwszym znaczeniu, nigdy się nie przyznam (nie jestem mistrzem, ale miewam dobre strzały,) o tyle zastanawiam się, czy nie mam bardzo podobnego schorzenia jak autor „Misery” i „Cullo”.

Być może jest ono jeszcze we wczesnym stadium rozwoju, bo kiedy wczoraj w nocy przyszła mi chęć pisania komiksu, nie zacząłem się ślinić, ani nie dostałem spazmów. Bylem w stanie sobie wytłumaczyć, że w tym momencie to nie jest najlepszy pomysł.

Ale kiedyś choroba może się rozwinąć i wtedy będziecie mnie mogli zobaczyć jak siedzę obok hydrantu na ulicy i lepię drugi, bo ten pierwszy mi się spodobał.

Komentarze

Komentarze