Kabaret, stand up, impro, aktorzyny

scenaDo niedawna sytuacja na polskiej scenie, hmm nazwijmy to kabaretowej, była w miarę prosta. Żyli sobie kabareciarze, czyli samouki, samograje, z reguły ludzie, którzy weszli na scenę podczas studiów, a później na niej zostali. Byli też aktorzy, po szkołach, profesjonalni, z dykcją, impostacją, postawą i papierami. Za kabaret brali się nie z pasji, ale żeby móc chałturzyć pomiędzy rolami Makbeta w teatrze i sprzedawcy w reklamie McDonalda. Aktorzy przeważnie okazywali kabareciarzom wyższość, właśnie dlatego, że ci drudzy są samoukami, czyli można powiedzieć niedoukami. Natomiast kabareciarze nie przepadali za aktorami, z tej prostej przyczyny, że pięć lat szkoły teatralnej znacznej części absolwentów implantuje w dupę kawał solidnego kija.

Dzisiaj ten klarowny, acz nieprzyjemny układ znacznie się skomplikował. Pojawiła się społeczność standupowa. Jej przedstawiciele też z reguły nie garną się do kończenia szkoły aktorskiej. Zdawałoby się więc, że standuperzy (nie wiem, jak mam to pisać, więc piszę losowo) to kabareciarze. Tyle tylko, że spora część z nich nie ogląda kabaretów lub wręcz za nimi nie przepada.

Mniej więcej razem ze stand up’em z Ameryki przyczłapało impro. Nurt dosyć ambitny, odważny, często porównywany do jazzu. Co ciekawe, jego szaleni i spontaniczni zwolennicy (wyznawcy?) regularnie okazują niechęć do trzech powyższych grup.

I tutaj, czysto teoretycznie, mógłbym ten post zakończyć. Ale się rozpiszę. Przedstawię każdy wymieniony wcześniej trend z dwóch punktów widzenia: „W miarę obiektywnego” i „Wrednego”.

Kabaret.

W miarę obiektywnie: Na swój sposób polski kabaret jest fenomenem na skalę światową. Ale tylko na swój sposób, za chwilę wyjaśnię, o co mi chodzi… Jeśli zapytamy mieszkańca kraju angielskojęzycznego, o kabaret, najprawdopodobniej pomyśli,  że szukamy pip bądź porno show. Bo u Brytoli i hamburgerów, słowo cabaret to właśnie nocny lokal z tańczącymi, półrozebranymi paniami. Jeśli natomiast zapytamy frankofona, wyśle nas do najbliższej restauracji. Gdyż wyraz cabaret po francusku, z kolei oznacza gospodę.
W U.S.A. ekipy zbliżone stylem do naszych kabaretów są nazywane comedy group bądź comedy ensembl. Ale nie ma ich tam zbyt dużo. Estrada komediowa jest tam wyraźnie podzielona pomiędzy stand up i impro (nie, nie byłem, ale wiem). Jeśli chodzi o skecze prezentowane na żywo i na scenie, mocno wybija się The Second City, które jest właściwie rodzajem, hmm korporacji komediowej. Ma swoje kluby, swoją szkołę, wreszcie trupy kursujące po całych Stanach. Widziałem na Youtubie jeden skecz Second City i był naprawdę dobry!
Oczywiście w Stanach są też programy telewizyjne oparte na skeczach, ale ich do kabaretów nie porównuję.
Czyli co? Mamy coś wyjątkowego? Kabarety są tylko w Polsce? Yuuuupi!!! Niestety nie. Dużą popularnością cieszą się na postsowieckim wschodzie. Istnieje nawet przegląd KVN, obejmujący wszystkie byłe republiki Związku Radzieckiego. Widziałem na Youtubie wiele skeczy powstałych właśnie podczas KVN’u i żadnego nie zrozumiałem, bo nie mówię po rosyjsku.
Jeśli chodzi o polski kabaret, to polecam go na żywo, a zwłaszcza podczas festiwali. Dzieją się tam naprawdę niewiarygodne rzeczy, a kabareciarze autentycznie zaskakują oryginalnością.

Wrednie: Jestem kabareciarzem i sporo się tego przez kilka lat naoglądałem. Z moich obserwacji wynika, że kabaret, który odniósł sukces, przechodzi następujące etapy: 1. Z małymi wyjątkami, na początku jest żenujący. Ma pomysły oklepane, wykorzystane już milion pięćset razy. Mimo to takiemu tworowi często wydaje się, że zasługuję na brawa, oklaski, śmiech, podziw. Jest zaskoczony, kiedy tego wszystkiego nie dostaje. 2. Kabaret zaczyna odnosić sukcesy na przeglądach. Kilka razy zadziwia. Bryluje ciekawymi skeczami, rozwiązaniami scenicznymi, kreuje własny, unikalny styl. 3. Ze względu na powyższe i jakąśtam popularność, kabaret trafia do telewizji. Styl idzie w pizdu. Teraz liczy się tylko ilość żartów i statyczna forma, którą łatwo złapać w kamerze. Kabaret zauważa też, że ludzie go znają i śmieją się ze wszystkiego, co robi. Również ciekawe pomysły idą w pizdu.  A poza tym, skoro kabarety są tak popularne u Ruskich, to może stamtąd pierwotnie przyszły?

Stand up

W miarę obiektywnie: Formuła dla scenicznych twardzieli. Wychodzisz sam, nikt cię nie wesprze, nikt nie wypełni dziury, jeśli się zatniesz. Stoisz samotnie przed, a czasami nawet przeciwko publiczności. Dlatego, jeśli ci się uda, jeśli widzowie będą się śmiali, czeka cię wspaniała nagroda – satysfakcja.  Niezaprzeczalnie najbardziej szczera odmiana komedii. Teoretycznie po prostu mówisz, to co myślisz, praktycznie musisz to przemyśleć i przetestować dziesiątki razy. Ograniczona, w porównaniu na przykład z kabaretem, liczba środków nie ułatwia sprawy. Ciężej zaskoczyć publikę, kiedy masz do dyspozycji tylko jeden głos i jedno ciało, które na dodatek nie może ani na chwilę zejść ze sceny.
Jednocześnie, żadna inna formuła nie daje ci możliwości pokazania swojego prywatnego poczucia humoru. Nawet w najlepiej dopasowanych grupach, prezentowany przez nie humor jest uwspólniony. Grupy źle dopasowane mają, delikatnie mówiąc, przejebane.
Ciekawe jest, że standuperzy – teoretycznie samotne wilki, łączą się w zespoły. Powstało w Polsce już całkiem sporo takich grup solistów – Bez Cenzury, Stand up Polska, Stand up Kraków🙂

Wrednie: Nie wiem dlaczego, ale początkujący standuperzy lubują się w mówieniu o gównie, pierdzeniu, okresie, ruchaniu pandy. Bardziej zaawansowani też często z tego nie wyrastają i budują całą swoją karierę na wulgarach i oblechach. Popularnymi tematami są też kaleki i religia. Każdy, kto bierze się za stand up, próbuje jak najbardziej zszokować, na samym starcie wyskoczyć z „czymś odważnym”. Często kończy się tym, że publiczność zamiast się śmiać, hamuje palącą potrzebę zwymiotowania. Inna przywara tego nurtu to pewien lekko drażniący styl mówienia. Takie wymądrzanie się, połączone z nadmiarem zadziorności. Zbyt wyraźne odniesienia do amerykańskich komików też lekko irytują.
Zajmuję się stand up’em i nie od wszystkich wyżej wymienionych grzechów jestem wolny, więc teoretycznie nie powinienem rzucać kamieniem.

Impro:

W miarę obiektywnie: Wychodzisz na scenę bez niczego, nawet bez tekstu. Masz za sobą tylko godziny treningu i swoich kolegów z grupy. Publiczność rzuca jedno słowo, a wy robicie z niego scenkę, niekiedy cały godzinny spektakl. Ludzie, którzy nie widzieli takiego występu, nie wierzą, że jest możliwy. Ci, którzy zobaczyli, często pytają, ile żartów zostało przygotowanych wcześniej. Niekiedy padają podejrzenia, że grupy impro mają na widowni podstawionych ludzi, którzy rzucają im sugestie. Wbrew pozorom ułożenie wcześniej pseudoimprowizowanych scenek byłoby trudniejsze niż prawdziwe improwizowanie.
Wszystko opiera się na realizowaniu paru prostych założeń i całej masie treningu. Trzeba się zgadzać, budować wspólnie świat scenki, dbać o to, żeby miała konflikt, czyli jednocześnie na pewnej płaszczyźnie się nie zgadzać. Cud, miód i orzeszki.

Wrednie: Jestem improwizatorem, czasami prowadzę warsztaty z improwizacji i jednocześnie uważam, że impro jest przereklamowane. Ile żartów, które padają na występie, zostało przygotowanych wcześniej? Żaden. Ale jednocześnie te, które się pojawiają, nie muszą być aż tak znowu świetne. Publiczność zawsze śmieje się trzy razy bardziej z tego, co dzieje się tutaj, teraz, wow. A wszystkie żarty na impro padają tutaj, teraz, wow. Improwizatorzy są mistrzami powtarzania w kółko oklepanych sytuacji, ale robią to bardzo spontanicznie, więc widzowie im wybaczają. A kabaret by już dawno wyszydzili, albo zlinczowali.  Poza tym ten nurt, moim zdaniem, zabija indywidualizm. Grupa impro powinna działaś jak maszyna. Każdy jej członek to trybik, który musi idealnie zazębiać się z innymi. Masz odmienny styl myślenia? Za bardzo odstajesz? Musisz spadać, albo się dostosować. Powiecie, że w grupach impro jest pełno indywidualistów. Oryginalność członków zespołu musi się ze sobą pokrywać, ale czy wtedy dalej jest oryginalnością?
Jeszcze poza tym, impro trąci sektą. Ortodoksyjni improwizatorzy są naprawdę mocno zapatrzeni w to, co robią i swoich gruru. Czasami nawet nie dopuszczają do siebie myśli, że coś, co zostało wcześniej napisane może być dobre.

Kabarety aktorskie:

W miarę obiektywnie: Zawodowi, w znaczeniu wykształceni w tym kierunku, aktorzy mają wiele narzędzi, którymi potrafią się ratować w rozmaitych sytuacjach. Ich dykcja i nośność głosu daje dużą pewność siebie. Wiele też potrafią: tańczyć śpiewać, recytować, zrobić fikołka, mówić z lwowskim akcentem. Kilka kabaretów złożonych z aktorów, dzięki powyższym faktom zaszło wysoko i pokazało sporo ciekawych programów.

Wrednie: Poza wyjątkami, których nie ma tak znowu dużo, aktorzy nieszczególnie nadają się do komedii. Palą, skurczysyny, żarty. Zamiast myśleć o wybiciu i pauzie, koncentrują się na takich duperelach jak spójność postaci i akcent zdaniowy. Mają też tendencję do podtrzymywania na siłę czwartej ściany.  Zdarzają się aktorzy, którzy wchodzą na scenę kabaretową i udają, że zagadują publiczność. W rzeczywistości mówią wyuczony tekst, niezależnie od tego, co widz powie.  Nie jestem aktorem i nigdy się za takiego stwora nie zacznę uważać.
Nie uwierzę, że jedyną drogą do tego, żeby GRAĆ, kurwa GRAAAAĆ, przez wielkie G jest przechodzenie obozu koncentracyjnego, jakim wydaje mi się szkoła teatralna czy tam filmowa. Podobno w tych instytucjach najpierw starają się wytłumaczyć nowicjuszom, że mają się nie wstydzić swojego ciała. Że mają się potrafić przytulić do dowolnego człowieka, zabić wstyd i rozebrać przed każdym. Jestem raczej liberałem, ale bardzo mi przykro, dupę będę pokazywał tylko wtedy, kiedy przyjdzie mi na to ochota.

No. Ponieważ zjechałem wszystkie istniejące w Polsce środowiska związane z komedią, to chyba już muszę zostać tym raperem.

Zapraszam do przeczytania poprzedniego posta O komedii.

Komentarze

Komentarze

14 myśli na temat “Kabaret, stand up, impro, aktorzyny”

      1. Czyżby ludzie byli a) jak dzieci b) byli na wysokim poziomie radzenia sobie ze stresem? Ja tam śmieje się tak i tak choć odgrzewane muszą być po dużym czasie jak dla mnie.

  1. Powiem tak (wrednie):

    Na impro byłem kiedyś w stolicy światowego hipsterstwa, czyli w Berlinie. Znajomy organizował. Po niemiecku. Wyszło całkiem zabawnie, choć rzecz jasna było dość nierówne.

    Na stand upie na żywca nie byłem nigdy. Gdy oglądam na YT, przeważnie jestem dość zażenowany. Mam teorię:

    Ludzie na stand upie wzajemnie się nakręcają – przyszli się pośmiać, więc się śmieją. Analogicznie, zdarza się, że na całkiem poważnych filmach widzowie wybuchają śmiechem w zupełnie nieśmiesznych momentach, ponieważ (jw.) przyszli się do kina pośmiać.

    Z tego wszystkiego najbardziej cenię jednak kabaret. Wiem, że zdycha, leży i kwiczy, ale jednak takie np. Mumio z czasów sprzed zaprzedania się lewiatanowi, to jednak było mistrzostwo świata (przynajmniej momentami).

    1. Ja tak naprawdę czasami lubię wszystkie trzy formy. Stand up zdarza się zajebisty. Polecam zagranicznych kolesi: Dylana Morana, Eddiego Izzarda, Luisa C.K….
      Może Cię przekonają.

      1. Z zagramanicznych oglądałem Morana i Simona Amstella . Ten drugi prawie mi podszedł, ten pierwszy właściwie wcale. Oglądałem też takiego murzyna (można tak napisać?) co robi stand up dla swoich ziomków. Też mnie nie śmieszył 🙁 Jestem chyba ponurym smutasem.

  2. Znam go, ale to go (chyba) jeszcze nie czyni jego ziomkiem. Tym bardziej, że ziomkiem Rucińskiego chciałoby być ćwierć standuperów w Polsce. A ja jako wierćhipster takimi trenami gardzę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.