Na warsztatach u sapiących tancerzy

stopa

Zacznę tak. Razem ze znaczną częścią grupy AD HOC wziąłem udział w warsztatach ruchowych poprowadzonych przez Krakowski Teatr Tańca. Nietrudno się domyślić, że to właśnie tę drugą instytucję nazwałem w tytule sapiącymi tancerzami. Warsztaty mi się bardzo podobały, członkowie KKT są niewiarygodnie sympatyczni, ale nie da się ukryć, że kiedy idą w tan to sapią jak astmatycy w przedśmiertnym stadium choroby. Oni oraz inni praktykanci, amatorzy i propagatorzy Tańca Współczesnego dorobili sobie do tego nawet teorię dźwięków ciała. Z rozmaitych sapów, westchnień i przedechów uczynili formy wyrazu artystycznego (astmatycznego?).

Parę osób mogło teraz pomyśleć, że skoro warsztaty mi się podobały, to mogłem darować sobie te złośliwe uwagi. Otóż nie, nie mogłem. Tak jak inni blogerzy dbają o to, by nie zaśmiecać sobie swoich dzienników hejtami, tak ja muszę pilnować, by u mnie nie pojawiło się zbyt wiele treści stricte pozytywnych. Zwyczajnie, jeśli pomiędzy pięcioma postami agresywnymi i ciężko urągającymi różnym sprawom, pojawi się jeden pochwalny, nie będzie on wiarygodny. Dlatego jeśli chcę napisać cokolwiek dobrego, muszę to chociażby lekko owinąć w szary, szorstki papierek pakowy ironii.

Już to zrobiłem, a teraz z przyzwoicie przybrudzonym sumieniem mogę przejść do konkretów.

Taniec Współczesny. Krakowski Teatr Tańca znałem już wcześniej. Niektórych jego członków osobiście, niektórych tylko ze sceny, jeszcze innych zwyczajnie wcale. Zawsze utożsamiałem tę grupę z tańcem współczesnym. Wczoraj choreograf teatru – Eryk Makohon wyprowadził mnie z błędu. Powiedział, że korzystają również z wielu innych technik. Mimo to będę udawał w tej kwestii laika jeszcze większego, niż jestem. Wezmę przykład z najlepszych polskich dziennikarzy i wrzucę wszystko czego dokonało KKT do jednego już znanego mi worka, zwanego tańcem współczesnym, gdyż właśnie o nim mam ochotę napisać.

„Koza dosiadająca ognia wjechała do rower.” Taniec współczesny jest mniej więcej tym dla klasycznego, czym powyższe zdanie dla tradycyjnej literatury. Tancerze praktykujący go, tarzają się po ziemi, sapią o czym już wspomniałem, turlają i rzucają sobą nawzajem przy dźwiękach mrocznej muzyki, a w jednym z ich przedstawień, główna, hmmm, primabalerina pomiędzy piruetami wpieprza kawałki arbuza. Jest to awangarda ruchu, pozornie chaotyczna, ciężka i dużo mniej ustrukturyzowana (nie ma takiego słowa, ale mnie to nie przeszkadza) niż tradycyjne odmiany tańca takie jak hip-hop, salsa, fox-trot i kujawiak. Jednocześnie uważam, żę ze wszystkich technik tanecznych, które widziałem, ta ma największy potencjał komediowy (przy czym, jednocześnie jest dosyć mroczna).

Warsztaty: Większość członków AD HOC’a opiera się w znacznej mierze na wykorzystaniu głosu a nie ciała. Dlatego każde warsztaty ruchowe są dla nas nowością i wyzwaniem. Zostaliśmy skrajnie sponiewierani, przemęczeni i wyzuci. Dzisiaj bolą mnie części ciała, o których istnieniu jeszcze w piątek nie miałem pojęcia. Lekko przeszkadzały mi te ćwiczenia, w których trzeba się było na przykład turlać po innych, bo nie przepadam za przypadkowym dotykiem, a nawet powiedziałbym, że mam na tym punkcie lekką fobię. Pomimo dwóch powyższych faktów bardzo mi się podobało. Zwłaszcza wspólny, improwizowany jam ruchowy. Był luźno powiązany z tańcem współczesnym, który jak już pisałem dopuszcza mrok i brzydotę, więc z pełną premedytacją mogłem sobie udawać wszystkie potworki, na które miałem ochotę.  W ramach rewanżu my (Grupa AD HOC, a konkretnie Alan) uczyliśmy KKT improwizacji. Warsztaty zwieńczyliśmy (chujowe słowo, ale nie mogę znaleźć synonimu) wspólnym pokazem.

Na koniec zamieszczam fragment jednego ze spektakli KKT. Bezczelnie przyznaję, że go nie obejrzałem w całości, więc możecie mi napisać, czy jest dobry.

Komentarze

Komentarze

7 myśli na temat “Na warsztatach u sapiących tancerzy”

  1. Ze strony widza mogę powiedzieć, że było genialnie! Szczególnie końcowa wspólna improwizacja (jam ruchowy jak nazwałeś), nieźle mi zryła psyche (w pozytywnym sensie rzecz jasna) 🙂

    1. Podczas warsztatów zrobiliśmy dużo dłuższy, bo pół godzinny i to dopiero było rycie bani. Czułem, że naprawdę się w to wkręcam i że na przykład władzę nade mną przejmują stopy… Więc, albo warsztaty są dobre, albo mam pierwsze objawy którejśtam choroby psychicznej.

  2. Moim zdaniem najlepsze były karteczki 🙂 ta chwila napięcia, gdy czekasz, zastanawiając się na ile zdanie wpasuje się w kontekst i czy jest ono MOJE 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.