Legendarne miejsce, w którym mieszkam

blok2Właśnie to policzyłem po raz kolejny i nie chce mi się wierzyć. Od kiedy zamieszkałem w Krakowie, czyli przez mniej więcej dwanaście lat, przeprowadziłem się dziesięć razy. W kilku mieszkaniach spędziłem po dwa lata, ale z kolei niekiedy zmieniałem miejsce pobytu stałego co pół roku, a z jednego lokum wyniosłem się po miesiącu. Przyczyny przeprowadzek były różne. Czasem właściciele mnie zaczynali denerwować, czasem ja ich, kilka razy rozpadła się ekipa, z którą wynajmowałem, kilka razy też po niewczasie orientowałem się, że miejsce, w którym śpię, jem i przebywam już kilkanaście tygodni jest i cały czas było paskudną norą.

Od momentu przyjazdu do Krakowa stopniowo zwiększał się mój komfort bytowania. Zaczynałem jako student w pokoju trzyosobowym, później, jako wieczny student, sypiałem w pomieszczeniach z jednym tylko współlokatorem, jeszcze później, już będąc uczelnianym odrzutem i degeneratem bez dyplomu, doznałem zaszczytu samodzielnego zajmowania izby (synonimy mi się skończyły). Aktualnie jako przedstawiciel wolnego zawodu wynajmuję luksusową, szesnastometrową kawalerkę. (W tym tempie przed czterdziestką powinienem mieszkać w jakimś skromnym pałacu.)

Moja obecna mikrogarsoniera jest chyba najdziwniejszym, ze wszystkich miejsc, jakie zdarzyło mi się wynajmować. Po pierwsze – szesnaście metrów. Po drugie znajduje się w prywatnym bloku, który nijak nie przypomina bloku. Wygląda on odrobinę jak niewykończony budynek Zusu, albo nowoczesna kamienica. Piętra są cztery, za to liczą sobie po  jakieś trzy i pół metra wysokości. W związku z czym polskie prawo budowlane nie było łaskawe nakazać zamontowania windy i wejście na moją, ostatnią kondygnację to nie lada wyczyn sportowy (realnie jest to wysokość mniej więcej szóstego piętra). Co więcej, na wszystkie sześćdziesiąt cztery mieszkania przypada tylko jedna skrzynka pocztowa, a żeby wyjść na zewnątrz trzeba mieć klucz. (Brak domofonu, brak automatycznego zamka. Jestem bardzo ciekaw, co się będzie działo, jeśli wybuchnie pożar.) Mieszkają tu głównie ludzie młodzi. Człowieka po czterdziestce widziałem tylko kilka razy, dziecko bodajże raz. Psów też brak.

To są tylko drobnostki, drobne wyróżniki, które sprawiają, że blok jest nawet nie tyle dziwny, co lekko dziwnawy.

Prawdziwą ciekawostką są związane z nim legendy.

Pierwszą usłyszałem podczas przeprowadzki. Sympatyczny pan, którego zatrudniłem razem z jego małą ciężarówką do przewiezienia rzeczy, specyficznie zareagował, kiedy podałem mu adres. Zmierzył mnie wzrokiem rodem z horroru i po chwili rzucił zdawkowo: „Nawiedzony Dom”. Po drodze opowiadał mi, że kojarzy ten blok. Podobno wiele lat stał jako pustostan i ludzie przychodzili tutaj, aby się powiesić lub skoczyć na bungee bez bungee. Chodziły też plotki, że straszy. Na razie wrażenie, że coś za mną łazi miałem tylko raz, ale pojawiło się ono bezpośrednio po nocy spędzonej na oglądaniu serialu o zombie. Czyli się nie liczy.

W miesiąc później wracałem do domu taksówką. Mówię adres. Pan taksiarz pyta: „To ten prywatny akademik?” „Nic mi o tym nie wiadomo.” – odpowiadam. „A to pan jeszcze zobaczy. Teraz jeszcze sierpień to się studenci nie zjechali. Zobaczy pan za parę tygodni. Będą imprezy i burdy z góry do dołu, bo te małe mieszkania to głównie studenci wynajmują. Kiedyś tam nawet stała taka wielka tabliczka z informacją o ciszy nocnej…” Rzeczywiście, co drugą noc w budynku siedzi pan cieć, który pilnuje, żeby nigdzie nie było zbyt głośno, ale prawdziwą imprezę widziałem tu chyba ze dwa razy (w ciągu półtorej roku).

W jakieś pół roku po zamieszkaniu rozmawiałem w knajpie z dalekim znajomym. Też słyszał o moim bloku. „Samowolka budowlana” – mówi. Że podobno właściciel postawił bez zezwoleń, że to miał być jakiś urząd i zbudował go na zamówienie, ale po znajomości,  czyli bez przetargu. Układ się zmienił i wokół budynku wyrosła afera. Teraz ponoć właściciel zawarł nowe znajomości i przerobił na blok.

Wreszcie ostatnia legenda. Niedawno wracałem po nocy taksówką. Kierowca mówi, że tu często przywozi dziewczyny i to wie pan, takie dobre dziewczyny, nie jakieś kurwy, ale fajne dziewczyny, ładne. Że jest zdziwiony, bo mówię, że jadę do domu, on myślał, że tu tylko pracują dziewczyny, a nikt nie mieszka. Nie komentowałem, zostawiłem go w błogiej nieświadomości, zapłaciłem, wysiadłem.

Chyba nie muszę dodawać, że znaczna część tych legend to wierutna bzdura. Ściany nie ociekają ektoplazmą, przedmioty nie lewitują i żadne demoniczne twarze samobójców nie pojawiają się w moim lustrze. Nie zdarzyło mi się też, żeby jakiś zapijaczony student zapukał do moich drzwi i poprosił o pożyczenie jajka. Kiedy idę do pralni nie zaczepiają mnie  roznegliżowane kurtyzany, pytające czy się z nimi pofatyguję. Ostatnio za to widziałem na klatce Gracjana Roztockiego i przypuszczam, że tu mieszka. Jest to dla mnie fakt dużo gorszy niż wszystkie poltergeisty, studenciaki i roksany razem wzięte.

Zapraszam do poprzedniego posta z kategorii Życie Dziwi.

Komentarze

Komentarze

9 myśli na temat “Legendarne miejsce, w którym mieszkam”

  1. Co prawda mieszkania krakowskie również okazały się dla mnie nielitościwe i opuszczam je częściej niż raz w roku, ale nie wiem o żadnych tego typu historiach na temat mojego lokum. Ciekawe gdzie jest ta legendarna kamienica/burdel/samowolka, bo do tej pory nie słyszałam o niej. Cóż, są w Krakowie rzeczy, o których się filozofom nie śniło.

    1. Otóż ona sobie stoi obok budynku Cap Gemini (czy jak tam się to pisze). W pobliżu jest też kilka innych firm – między innymi Budostal. Biurowce to moja dzielnia. Ot kolejna ciekawostka.

Możliwość komentowania jest wyłączona.