Pieprzony syndrom pieprzonej wycieczki szkolnej

autobus1

Kiedy jedziemy pociągiem, autobusem albo innym środkiem komunikacji publicznej jest umiarkowany luz. Kupię sobie jakąś niedorzecznie drogą kolę na dworcu kolejowym, albo gumowatą drożdżówkę owiniętą w celofan, ale to tyle. Natomiast trasa samochodem i regularne postoje na stacjach benzynowych zamieniają mnie w jakiegoś nienażartego potwora. Co przystanek wpieprzam zapiekanki albo hot-dogi, poprawiam batonikami, a na drogę biorę sobie jeszcze paluszki albo obrzydliwie ostre i podejrzanie zielone orzeszki z wazabii. Podobno siedemdziesiąt procent dochodów stacji benzynowych pochodzi właśnie ze sprzedaży przekąsek. Ja dbam o to, żeby to była prawda. Radość z faktu, że mogę opuścić samochód i na chwilę rozprostować nogi dokonuje jakiegoś dziwnego sprzężenia zwrotnego w moich neuronach i każe iść i nabywać po cenach prawdziwie europejskich gigantyczne parówki z duńskim sosem, agrest maczany w czekoladzie i inne podobne wynalazki, które z nieznanych mi powodów można zdobyć tylko na stacjach benzynowych.

Kiedy jedziemy w trasę samochodem mój mózg najwyraźniej uznaje, że jestem na wycieczce szkolnej (nie wiem dlaczego wtedy, a nie podczas podróży autobusem). Mózgowi wydaje się, że jest to jedna z tych rzadkich w życiu dziecka chwil, kiedy rodzice dali mu więcej niż pięć złotych i teraz może kupić słodyczy za całą stówę. Więc kupuję. Może nie aż za sto złotych, ale i tak zbyt dużo. Biorę przekąski słodkie, słone, kwaśne żelki, jakby były to pewnie kupowałbym pewnie też zagryzki kurwa gorzkie. Wczoraj między stacyjne zakupy zaplątała mi się nawet „Wiedza i życie”. Sam nie wiem, czy chciałem wpieprzyć jej kredową celulozę, czy przeczytać artykuły o autyźmie i śpiewających wijach.  Po co ja to kupiłem, skoro mam internet, w którym mogę naczytać się naukowych ciekawostek do oporu?

Moi koledzy, a przynajmniej część z nich zachowuje się podobnie. Więc nasza wczorajsza przejażdżka z Krakowa pod Zieloną Górę i z powrotem przypominała „Wielkie żarcie” (nie oglądałem, ale tak to sobie wyobrażam). Stacja, batoniki, czekoladki, jebane fastfoody, zamiana miejscami, żeby każdy przez chwilę gniótł się na tylnym siedzeniu zbyt małego samochodu, jazda i znowu czekoladki, nick naksy, kurwa chipsy. Graliśmy wczoraj dla nauczycieli i dyrektor domu kultury był na tyle miły, że poczęstował nas obiadem na koszt kargowskiego gimnazjum. Zjedliśmy więc szaszłyki z karkówki i żeberka, zagryzając je chlebem, zagraliśmy godzinkę i znowu stacyjne kole, przegryzki, chrupki. Teraz jechaliśmy już  z, a nie do pracy więc niektórzy z nas sięgnęli po piwo.

Powiem, że dzisiaj czuję się gruby, przeżarty i nawet trochę chory. Ale chyba nie zastopuję, nie przestanę pakować w siebie rozmaitych, tuczących paskudztw, bo jeśli będę miał dupę odpowiednio wielką, to może uda mi się wymigać od garowania na niewiarygodnie niewygodnym tylnym siedzeniu.

Komentarze

Komentarze

4 myśli na temat “Pieprzony syndrom pieprzonej wycieczki szkolnej”

  1. Dokładnie tak! 100% racji. W ogóle mam wrażenie, że oni jakieś fastfoodowe feromony rozpylają na tych stacjach i w pobliżu KFC, a bezbronny człek leci tam jak ćma do światła.

Możliwość komentowania jest wyłączona.