Przypadki komediowojażera

Regularnie dzwonię po knajpach rozsianych po Polsce i usilnie próbuję wcisnąć im swój stand up. Robię to często, ale jednak zdecydowanie zbyt rzadko. Obdzwaniać różne lokale miałem na przykład w tym momencie, ale tak tego nie lubię, do tego stopnia nie przepadam za standupowym telemarketingiem, że mój mózg doznał nagłego przypływu kreatywności i zaczął podsuwać mi rozmaite pomysły, które aktualnie wydają mi się dobre. Na przykład pomysł na tego posta. Moja poplątana istota szara podpowiada mi też, że jeśli pomysłów nie zrealizuję natychmiast to zginą, przepadną i nie uda się ich odzyskać nigdy ale to nigdy.

Stand up jest i myślę, że przez dłuższy czas jeszcze będzie nową dziedziną w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju. Właściciele i menadżerowie knajp często nie wiedzą, co ja im właściwie proponuję. Stąd też wzięło się kilka ciekawych pytań, które mi zadali (na przestrzeni ostatnich, mniej więcej, sześciu miesięcy).

Rozmawiam z jakąś panią z klimatycznej (prawdopodobnie) knajpy w miasteczku pod Wrocławiem. Dwoję się i troję, opowiadam, co to stand up, rozwodzę się nad tym, kim ja jestem. Pani słucha, ja przestaję mówić, chwila ciszy i wtedy pani zadaje pytanie: „A czy pan na przykład coś zaśpiewa?” „Wolałaby pani, żebym nie śpiewał” odpowiadam, ponieważ jest tylko kilka rzeczy, które robię gorzej od śpiewania (należą do nich teleportacja, telekineza i regenerowanie obciętych palców [aczkolwiek ostatniego nie sprawdzałem].) „A jak pan nie zaśpiewa, to będzie nudno.” – kończy rozmowę pani.

Z kolei menadżer, skądinąd całkiem sympatyczny, knajpy w N. Sączu zapytał: „I pan tak sam przyjedzie i tylko będzie mówił? Mam wątpliwości, czy to się sprzeda. Może by sobie pan jakiegoś mima wziął do duetu.”

telefonI wreszcie ostatnie. Dzwonię do lokalu w Łodzi, opowiadam, zagaduje. Właściciel, słucha, wyczuwam, że waży słowa po drugiej stronie kabla i wreszcie z dużym sceptycyzmem mówi: „Proszę pana, ja nie wiem, czy cena, którą pan proponuje to dużo, czy mało za godzinny występ kabaretowy. Ale wiem, że jak wynajmuję didżeja, to on mi za podobną kwotę gra całą noc. Jeśli pan da radę mówić, przez osiem godzin i zapewnić ludziom rozrywkę na poziomie dyskoteki to proszę bardzo.”

Oczywiście nie wymagam od ludzi, żeby wiedzieli, co to jest stand up, ani tego żeby chcieli mnie zapraszać. Mimowolnie jednak ręce opadają.

Zapraszam do poprzedniego posta z kategorii Życie Dziwi.

Komentarze

Komentarze

4 myśli na temat “Przypadki komediowojażera”

  1. Daj znać, kiedy zagościsz w jakiejś krakowskiej knajpie. Chętnie przyjdę, bynajmniej nie po to, żeby dowiedzieć się, co to jest stand up…

Możliwość komentowania jest wyłączona.