Kabaretowe popijawy

Dla niektórych realizacje telewizyjne to ciężka praca. Główni prowadzący, reżyserka, inspicjenci, kamerzyści i im podobni muszą być w pogotowiu przez około dwanaście godzin prób i nagrań. Jeśli zdarzy mi się być na nagraniu (a ostatnio na szczęście mi się zdarza) z reguły się obijam. Nie znaczy to, że jestem leniwy ani, że nie wykonuję powierzonej mi roboty. Po prostu mam jej mniej. Jestem mało istotnym pionkiem (pionek może się stać istotny, tylko kiedy bije króla:), który wychodzi na scenę maksymalnie cztery razy w ciągu programu i to z reguły w niewiele znaczących celach, takich jak podanie komuś listu, albo nierówne tańczenie w tle niezwykle ważnych wydarzeń (takich jak napisy końcowe). [Swoją drogą dziwne, że biorąc pod uwagę moje ruchy paralityka i wyczucie rytmu na poziomie głuchego artylerzysty, dalej mnie do tych czynności wyznaczają.]

Jestem jednocześnie pełen podziwu i zdziwienia dla zapracowanej części ekipy realizacyjnej. Bo po dwóch ciężkich i nerwowych dniach (niektóre osoby naprawdę mogą mieć problemy, jeśli coś się spieprzy podczas nagrania na żywo) ci ludzie są w stanie iść do knajpy i chlać do rana, śpiewać, krzyczeć, wchodzić na stoły i ogólnie dokazywać. Ja też oczywiście w pewien sposób biorę udział w tych imprezach, ale ja to co innego. Bo w czasie, kiedy reżyserka, prowadzący i ekipa techniczna ciężko zapieprzają, ja siedzę w garderobie i oglądam filmiki z Youtube, albo się wygłupiam, albo czytam. Mam wolne. Mało tego, jeśli akurat muszę coś zrobić, przychodzą po mnie inspicjenci (czuję się wtedy jak lord) i niemal za rękę prowadzą na plan.

Słowo o imprezach. Ostatnio przez jakiś czas w ogóle nie spożywałem alkoholu i muszę powiedzieć, że postkabaretowe balangi zaczęły w moich oczach wyglądać nieco dziwnie. Najpierw wszyscy siedzą przy stoliku, stopniowo zaczynają się robić coraz bardziej chwiejni i chybotliwi, idzie pierwsza kolejka, ja piję sok grapefruitowy albo tonik. Druga, karaoketrzecia kolejka, ludzie wokół mnie szklą oczami, gadają głośniej, niektórzy zaczynają krzyczeć. Czwarta, piąta kolejka, zaczyna się karaoke. Tak było ostatnio – jedenastego listopada w Dwójce. Grupowe śpiewanie, wygłupy, nie nadążam, gadałem ze znajomym, ale tłum porwał nas pod scenę. Ktoś fałszuje, ktoś inny przygrywa mu na wytrzaśniętym nie wiadomo skąd saksofonie. Ja stoję pod słupem i chyba po raz pierwszy w życiu czuję się jak Wyspiański. Tłumię jednak w sobie to uczucie i odrzucam przelotną chęć napisania patriotycznego dramatu o tytule „Karaoke”. Podchodzi do mnie sławny kabareciarz, mówi, że jeśli chcę być w tym środowisku, to muszę zaśpiewać, bo wszyscy śpiewają. Śpiewać też nie umiem, a na karaoke to nawet nie lubię. Nie wiem, czy kabareciarz żartuje. Raczej tak, nie sądzę, żeby dało się kogoś wyrzucić ze środowiska kabaretowego. Zapowiada mnie na scenie. Presja rośnie. Mimo podszeptów zbuntowanej części mojej natury, wchodzę na scenę, wybieram „Małgośkę” i zawodzę. Czy fakt, że uległem manipulacji i groźbie sławnego kabareciarza oznacza, że jestem:

a) Sprzedajną dziwką

b) Zbyt mało asertywny

c) Otwarty

Na dowód, że tam byłem i wina nie piłem, zamieszczam skecz, który podczas tej realizacji nagraliśmy:

http://kabarety.tvp.pl/wideo/skecze/inne/puk-chopin-i-mickiewicz-12981645/

Komentarze

Komentarze