Nie jesteśmy kabaretem!

O różnicach między kabaretem, impro i stand upem pisałem wprawdzie niedawno, ale jest to temat rzeka, więc jeden post więcej i tak go/jej nie wyczerpie.

Ostatnio zwróciłem uwagę na fakt, że improwizatorzy bywają oburzeni, kiedy ktoś nazywa ich kabareciarzami. Wolą nazywać swoje zespoły grupami, co jest ok, bądź teatrami, co już moim zdaniem ok nie jest. Bo teatr to wzniosłość i rozmach. Słyszę teatr, widzę aktora, który bardzo sugestywnie tarza się po ziemi odgrywając szaleństwo Hamleta i jeszcze przy tym bardzo profesjonalnie opluwa sobie zapuszczoną do roli brodę. Widzę wielki budynek, reżyserów, latanie na lonżach, choreografię, scenografię i grę świateł. Więc bez obrazy, ale jeśli siódemka studentów uczelni technicznej, którzy łącznie stali na scenie trzy razy, każe nazywać się Teatrem Improwizacji, to sama prosi się o kpiny.

Dlaczego improwizatorom nie leży określenie kabaret? Ci bardziej ortodoksyjni twierdzą, że sednem ich sztuki nie jest wzbudzanie śmiechu. Rzekomo dążą po pierwsze do spójności i oryginalności fabuły, a komizm wychodzi tak jakby przypadkiem, de facto jako efekt uboczny.

Raz ze sceny powiedziałem, że stand up to gałąź kabaretu i dwóch standuperów (pochodzili spoza środowiska kabaretowego) niemal się obraziło. Zachowywali się tak, jakbym ja się zachowywał, gdyby ktoś nazwał mnie klaunem. (Tak, wiem, że klaunada to trudna sztuka, widziałem dobrych klaunów, widziałem nawet takich, którzy mi się podobali, ale i tak czuję się obrażony, kiedy ktoś nazywa mnie jednym z nich. [Ciekawe od jakiego zawodu trzeba zwyzywać klauna, żeby poczuł się urażony?])

O co chodzi standuperom? Prawdopodobnie o to, że muszą być cały czas na coś źli, bo na tym polega ich praca.

Co ja o tym myślę? Na impro i stand up natknąłem się po raz pierwszy podczas festiwalu kabaretowego PAKA. Zarówno ambitni improwizatorzy jak i zbuntowani stand uperzy brali w nim udział. A kabaret to bardzo pojemny worek, do którego zostało wrzucone już właściwie wszystko – pantomima, jakieś rzewne ale lekkie piosenki, iluzja. Więc improwizowanie i monologowanie jak najbardziej również się w tym worku mieści. Dla mnie, wewnętrznie, prywatnie zarówno impro jak i stand up to formy kabaretu.

dźwiedźWreszcie, co myślą o tym ludzie? Na razie szeroka publiczność o stand upie nie słyszała, jeśli słyszała to myli go ze start upem, jeśli nawet nie myli to i tak nie do końca wie, na czym on polega. I co więcej ten wielki, ospały zwierz jakim są masy odbiorców, ma subtelne różnice głęboko w dupie. Przez lata wszystko, co wychodziło na scenę, żeby go rozśmieszyć, było kabaretem. Standuperzy wychodząc na scenę chcą rozśmieszać i wielki zwierz nie ma zamiaru się zastanawiać nad tym, jak u diabła ma ich tytułować. Sięgnie po najbliższą znaną mu nazwę i już.

Impro, impro, impro. W żadnym kraju świata nie jesteś głównym nurtem. Wszędzie istniejesz, ale de facto na poboczu. Jesteś jak jazz – każdy słyszał, nikt nie słucha. Podobnie jak jazz wymagasz skupienia i cierpliwości. Więc posłuchaj mnie uważnie impro, jazz nie twierdzi, że nie jest muzyką. Część improwizatorów się burzy, że nie wychodzi na scenę po to, żeby rozśmieszać. Tylko, że widownia przychodzi na impro jedynie, żeby się pośmiać. Ma głęboko fabuły, zagrywki formalne, emocje naszkicowanych postaci. Ci improwizatorzy, którzy rzeczywiści nie rozśmieszają, znikają ze sceny.

Także bardzo mi przykro, szanowni improwizatorzy, drodzy stand uperzy, ale robicie kabarety. Owned.

Zapraszam do przeczytania poprzedniego posta z kategorii O komedii.

Komentarze

Komentarze

8 myśli na temat “Nie jesteśmy kabaretem!”

  1. Względem Stand upu nie będę się wypowiadała, bo nie jestem aż tak w temacie, ale zgadzam się z tym, że niektóre grupy impro, przegięły z dodawaniem do nazwy słowa „teatr”. Mi teatr kojarzy się przede wszystkim z warsztatem aktorskim powiedzmy np. chociażby z dykcją, jakimś obyciem scenicznym, doświadczeniem. I nie chodzi mi wcale o to, że trzeba mieć koniecznie dyplom szkoły aktorskiej, ale chociażby jakieś podstawy tego zawodu 😉 przyznam szczerze, że u niektórych grup na improfeście takich podstaw mi zabrakło. Ale np. taki Afront jak dla mnie w pełni zasłużył na miano teatru improwizacji. A czy to jest forma kabaretu? Wydaje mi się, że kabaret to taki wyreżyserowany w pełni spektakl ze scenariuszem, odpowiednim doborem światła i dźwięku, a impro, mimo przygotowanego warsztatu to jednak pójście na żywioł 😉

  2. Stand-uperzy ‚oburzają się’ na nazywanie kabaretem z prostego chyba powodu – wielu/większość jakich znam nie lubi (współczesnych) kabaretów, nie bawią ich i podchodzą do komedii z innym pomysłem, założeniem i przede wszystkim chcą trafić do zupełnie innej widowni. Nie tej która kojarzy się z biesadą na dwójce, klaskaniem zamiast śmiechu i w kółko przetwarzanymi skeczami z księdzem, policjantem, czy facetem przebranym za babę, przaśnym humorem i wszystkim co za tym idzie.

    1. Wymieniłeś/łaś najgorsze cechy kabaretu, nie wspominając o tych dobrych.
      O kabareciarzach też można by powiedzieć, że nie lubią współczesnego, polskiego stand upu i że podchodzą do komedii z innym pomysłem. Chcą trafić do innej widowni, nie tej która śmieje się z tekstów o gównie, rzucanych na chybił trafił wulgarów i oklepanych tekstów o seksie oralnym.

  3. Głęboki ukłon za ten tekst….

    To co poniżej napiszę, to tylko mój punkt widzenia jako widza….

    Słyszałem pewnego razu zdanie wyrażone przez kogoś, kto w „branży”, czy też w branży (bez cudzysłowu) jest od wielu lat – a i osiągnięcia (sceniczne i odkuchenne) ma spore – w którym stwierdził, iż widział wiele grup, które „robią” długie formy impro … i wychodzi z tego coś, co nie jest ani śmieszne a nie ciekawe.
    Czyli nudne.
    Przy całym szacunku do imprezy jaką był Trzeci Improfest, były w trakcie jego trwania na scenie także i takie grupy. Nudne. Choć improwizatorzy znani, skądinąd…
    Improwizację postrzegam jako zabawę dla widza, a dla improwizatora jak zabawę popartą solidnym warsztatem, zarówno aktorskim (zgadzam się, że nie musi to być PWST) ale przede wszystkim warsztatem impro. Pracą od podstaw weryfikowaną setki razy na scenie, a właściwie scenkach, w klubach i kawiarniach oraz innych miejscach, ale weryfikowaną „na żywo”.
    No i bez spinania się. Publiczność, wśród której zasiadałem wielokroć, wyczuwa bardzo szybko, czy ten na scenie bawi się tym, co tam wyczynia, czy usiłuje być zabawny.
    Piszesz o tym z czym Ci się kojarzy teatr…
    Mnie się jeszcze z jednym odczuciem kojarzy: z metaforyką, z lekkim lub nawet ciężkim odrealnieniem; z nieco przejaskarwionymi uczuciami wyrażanymi przez aktora we wszelkich dostepnych dla widza kanałach przekazu/odbioru.
    W teatrze musi się mieć coś do przekazania. Coś najczęściej głębokiego… o zyciu, miłosci i co tam kto jeszcze chce…

    A impro jest żywe, naturalne, choć czasem błądzące po manowcach absurdu.
    Jak codzienna rozmowa, tyle, że wobec publiczności. Ma zainteresować. Ma też śmieszyć. A jak nie – to zainteresować. Jeden teatr improwizacji mnie zainteresował swym spektaklem, nawet bardzo…
    Stop…. nie jeden… ale ten drugi nie był polski…
    A inne grupy impro mnie fascynują – a przynajmniej dwie 🙂

    O stand-up’ie nie piszę, bo za mało go jeszcze znam. Choć i zapewne moja wiedza o improwizacji też nie szokuje, ale mogłem wyrobić sobie jakiś pogląd.

    Przepraszam za mądrzenie się…

Możliwość komentowania jest wyłączona.