Felieton

 

Pewnie niezbyt trudno w to uwierzyć – nie tak dawno temu próbowałem pisać felietony, z cichą nadzieją, że ktoś, gdzieś, kiedyś mi je wyda. Ten poniżej napisałem zaledwie parę miesięcy temu i nie do końca rozumiem, dlaczego spłodziłem taki nadęty i napuszony tekst. Bo to, co teraz robię czyli pisanie bloga to chyba też felietonistyka, tylko taka luźniejsza.

Pamiętam, że kiedy byłem mały, oglądałem film przygodowy o chłopcu, który ucieka z domu i zaprzyjaźnia się z włóczęgą. Niestety moja dziesięcioletnia pamięć bardziej skupiała się na krajobrazach, scenach spania w stogach siana i wyimaginowanym smaku konsumowanego przez bohaterów chleba  z kradzionym boczkiem, niż na takich szczegółach jak tytuł filmu czy kraj, w którym dzieje się jego akcja. Mam jednak wszelkie powody, żeby przypuszczać, że film ten nazywał się „Rasmus i włóczęga.” (Na podstawie Astrid Lindgren.)

Wtedy włóczęga był postacią bardzo wysoko stojącą w moim panteonie bohaterów. Mieścił się gdzieś pomiędzy Lucky Luckiem i Karmazynowym Piratem. Nie tylko ten konkretny, ale każdy inny bajkowy obieżyświat. Włóczykij, Huck Finn i inni fikcyjni łazikowie stanowili symbol wolności. Szli, gdzie chcieli i kiedy chcieli, nie mieli żadnych obowiązków ani powinności. Czyli jakby powiedział dorosły człowiek, któremu wydaje się, że jest bardziej inteligentny niż w rzeczywistości: „wyzwolili się ze społecznych konwenansów i uniezależnili od panującego systemu ekonomicznego.”
Zastanawiam się (i prawdopodobnie nigdy do tego nie dojdę), w którym momencie mojego życia człowiek pozbawiony pracy i domu przeistoczył się w moim umyśle z zadziornego i bohaterskiego włóczęgi w śmierdzącego i zapijaczonego żula. Dlaczego, patrząc na gościa śpiącego w parku, nie widzę w nim Hucka Finna, który odrobinę podrósł, zarósł i uzależnił się od metanolu? Dlaczego nie budzę go radośnie i nie pytam: „Co tam dzisiaj zmajstrowałeś Huck’u? Jaka dzisiaj czeka cię przygoda?”
Nie pytam pewnie dlatego, że znam odpowiedź i boję się ją usłyszeć na głos. Przygody tego Huck’a nie polegają na spływaniu tratwą w dół Missispi, ale na wyszukiwaniu cynków na przeterminowane krople żołądkowe i upijaniu się nimi aż do utraty świadomości.
Skąd w ogóle koncepcja, że osoba bezdomna i żyjąca z tego, co ukradnie, znajdzie, bądź wyżebrze, może być bohaterem? Rozumiem mechanizm, który przerabia zwykłych zbójów, takich jak Robin Hood czy Janosik, we wzory do naśladowania. Kiedy naprawdę żyli, byli silni, odważni, pewnie też okrutni i pozbawieni skrupułów. Mimo wszystko pierwsze dwie rzeczy robią wrażenie.
Ale włóczędzy? Co jest takiego wspaniałego w unikaniu jakiejkolwiek odpowiedzialności i wałęsaniu się bez celu?
Nie żebym nie lubił wycieczek, ale wycieczka trwająca całe życie to już lekka przesada.
Pamiętam, że w filmie, o którym pisałem na początku, tytułowy włóczęga miał żonę. Kiedy akcja zbliżała się do napisów, łazik wrócił do niej, żeby spędzić zimę. Nawet dziesiąciolatek rozumiał, że ta kobieta musiała cierpieć na chroniczny nadmiar cierpliwości, bo pozwalała swojemu facetowi znikać na dziewięć miesięcy w roku.
Nawiasem mówiąc, poznałem kiedyś wagabundę podobnego do tej filmowej postaci. Nie miał połowy zębów, a w jego oczach coś dziko błyszczało. Nosił stare i wytarte ubranie, ale nie było ono koszmarnie brudne i zniszczone jak u żula w wersji standard. Wprawdzie śmierdział, ale tylko trochę i w mało narzucający się sposób. Spotkałem biznesmenów, którzy po stresujących debatach capili bardziej.
Wyżej wymieniony pan zagadnął mnie, kiedy próbowałem się ułożyć do snu na ławce pięknego, żywieckiego dworca. Miałem pociąg za trzy godziny i nijak nie opłacało mi się wynajmować noclegu, a spać już chciało się potwornie.
Włóczęga zdjął swój workowaty plecak, położył obok mojego i zaczął wykład: „Ja już siódmy rok po górach chodzę. Kiedyś mieszkałem u matki… Jak tylko przynosiłem pieniądze, to mnie trzymała w domu i hołubiła. Jak tylko straciłem pracę na dwa, trzy lata, z miejsca mnie pogoniła precz.” Dokładnie zlustrował mnie swoim niesamowitym spojrzeniem, najwyraźniej uznał za swojego i ciągnął dalej: „Jakbyś chciał coś do jedzenia, to tutaj u górali nie żebrz. Zawsze mów, że chcesz jakąś pracę. Drzewa narąbać czy cóś. Za jedzenie. Dadzą ci za darmo, ale trzeba mówić, że pracę. Jak pójdziesz w Sudety, tam można żebrać. Tutaj żyją skąpe skurwysyny.”
Skoro spałem na dworcu, to chyba przez chwilę byłem włóczęgą. Niewielu ludzi ma okazję spełnić swoje marzenia i chociaż na moment stać się podobnym do bohaterów swojego dzieciństwa.

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Felieton”

Możliwość komentowania jest wyłączona.