Small Time Comedians

Przychodzimy, spotykamy się w różnych miejscach, w garderobach dzielonych na „n” części, pomiędzy kilkunastu członków paru różnych kabaretów, albo przy barach w lokalach, które nawet nie mają garderób, bo też po co im, skoro te bary, puby powstawały po to, żeby lać ludziom piwo, a pomysł organizowania imprez artystycznych pojawił się dużo później. Rzucamy kurtki na wspólny stos, zgodnie odwracamy wzrok, kiedy akurat przebierają się dziewczyny i cieszymy, że mamy garderobę z tymi, których w miarę lubimy, a nie tymi, których nie lubimy prawie wcale. Ktoś od czasu do czasu zażartuje z garderób w w amerykańskich filmach – indywidualnych pokoików z lustrem idiotycznie otoczonym żarówkami.
Rozmawiamy. Ktoś opowiada, że kiepsko z graniami i że jeszcze w zeszłym miesiącu dużo dzwonił po domach kultury, żeby spróbować wepchnąć, opchnąć, sprzedać, wcisnąć między drzwi a framugę swój program, ale już nie ma siły słuchać głosów usilnie przekręcających nazwę jego kabaretu.
Kogoś innego zrobił w konia cały skład, cała ekipa okazała się nie być zainteresowana kabaretem aż tak znowu bardzo, wszyscy koledzy jednak postawili na rodzinę i teraz ten ktoś zmuszony został do przekwalifikowania się na standupera. Tak, tak, zawsze czuł pociąg do tej formy sztuki…
Jeden opowiada, że grywa w serialu „Szpital” i że czasami boli dupa, ale właściwie się tego nie wstydzi. Drugi mówi, że na cały lipiec wyjechał do domku ciotki w górach, ale wszyscy wiedzą, że był na truskawkach w Szwecji. Nikt jednak się tą wiedzą nie dzieli, bo rozumiemy, jak bardzo przyznanie się do uczciwej pracy boli.
Komuś ma urodzić się małe, komediowe dziecko. Komuś innemu spóźnia się zaiks. Jeszcze ktoś inny patrzy zawistnie, bo pomimo ośmiu lat na scenie był w telewizji raz, trzy lata temu, przez trzydzieści sekund i nawet nie śni o zaiksie.
Największa kabaretowa szmata, której niewypowiadany tytuł jest pałeczką przechodnią, ale często posiada ją wielu na raz, opowiada jak to nie lubi oklepanych żartów i motywów, ale wiemy, że zaraz wyjdzie na scenę, żeby wygłosić swój sławny monolog o teściowej pijanego sołtysa.
Gdzieś za uchylonymi, ze względu na zaduch komunalnej garderoby, drzwiami migają jak duchy ci wyżsi, starsi, bardziej znani. Ci, których ludzie rozpoznają na ulicy i dlatego przysługuje im przywilej dzielenia garderoby najwyżej między dwie czy trzy osoby.
Polskie domy kultury, teatry i lokale nie były przystosowane na zalew artystów, tak jak polskie drogi na zalew samochodów.
Ale mimo to, te zatłoczone garderoby za bardzo przypominają mi klimat tanich powieści łotrzykowskich, żebym miał ich nie lubić. Tylko w nich można naprawdę poczuć fetorek artystycznego wolnomularstwa i właściwie sam nie wiem, czy chcę, żeby czas tych garderób się dla mnie skończył.

Wszystkie wspomniane w poście osoby są fikcyjne. Zbieżność faktów z osobami rzeczywistymi przypadkowa.

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Small Time Comedians”

  1. Faktycznie, garderoba to specyficzne miejsce… jak na dworcu… wszystko się mieli, włącznie z wódką… 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.