Komedia vs. Tragedia. Fight!

Aktorzy, profesjonaliści sceny, przedstawiciele jednego z ostatnich zawodów chronionych w Polsce z tego, co zauważyłem traktują komedię jedynie jako jakiś dodatek, jako muła na którym muszą się czasem przejechać, jeśli akurat nie jest im dane dosiadać rozbuchanego bułana dramatu. I tego, szczerze mówiąc, nie jestem w stanie ogarnąć swoim rozumem. Dlaczego w czyjejkolwiek głowie pojawia się myśl, że doprowadzanie ludzi do śmiechu jest złe i be? I dlaczego ten ktoś postanawia, że zajmie się nie rozśmieszaniem tylko dramatem, który może wywołać u widza smutek, zwątpienie i frustrację? I wreszcie ostatnie i chyba najważniejsze… Jak to się u diabła stało, że ludzie na przestrzeni wieków uwierzyli, że dramat jest nie tylko dobry, ale nawet lepszy od komedii?

Wyobrażam sobie, że jestem dajmy na to garncarzem mieszkającym dajmy na to w starożytnych Pompejach. Dziesięć godzin babrałem się w odrobinę bardziej spoistym błocie, zwanym gliną, a teraz chcę żeby moje spracowane ręce i skołowany od obracających się amfor mózg odpoczęły. Idę do teatru, bulę dziesięć talarów, czy co oni tam mieli, sadzam starożytny tyłek na ławie, a tam jakiś fagas w masce opowiada, że żona od niego  odeszła, bo im się dzieci potopiły jak kocięta i on się teraz będzie wieszał… Już czuję, jak łapie mnie lekki, starożytny wkurw i rzucam w niego garścią gliny, którą na wszelki wypadek zabrałem ze sobą.

Myślę, że koncepcja odgrywania dramatu musiała powstać wśród wyższych warstw społeczeństwa, gdzieś między arystokracją. Tylko szlachta mogła mieć tak dużo czasu, żeby uznać, że smucenie się może być formą rozrywki. Pozostali, ci biedniejsi ludzie smutek mieli na co dzień, a jako rozrywki, potrzebowali właśnie… hmm rozrywki.

hamletDzisiaj koncepcja mówiąca, że teatr dramatyczny jest ważniejszy, lepszy od komedii, zapuściła mocne korzenie w naszych głowach. Mało komu z nas przychodzi do głowy, że może być inaczej. (Nam nie przychodzi, a naszym południowym sąsiadom – Czechom, a i owszem, ale o tym więcej u Mariusza Szczygła.) Ja się przeciw temu naszemu podejściu oczywiście buntuję, bo wprawdzie uwielbiam czarny humor, wprawdzie jakiś dramat od czasu do czasu obejrzę, ale nikt mi nie przeciśnie, że dołowanie się jest lepsze od śmiechu. Tutaj pewnie ten i ów podniesie głos, że jest cała masa głupich komedii… A głupich dramatów to nie ma? Są. Jest mnóstwo. Są produkowane w stanach hurtem i na pęczki. Kiedyś był cały cykl filmowy bodajże na dwójce, nazywał się „Okruchy życia”. Tydzień w tydzień leciało tam jakieś smutne dramacidło, słabo i nieudolnie skonstruowany domek z kart, który szybko się rozpadał. Zawsze jakaś matka zostawała samotnie, jakiś ojciec miał raka, albo jakieś dziecko wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu nagle dostawało dałna.

Co więcej aktorzy mają gdzie ćwiczyć mentalne podcinanie sobie żył, czyli granie dramatyczne. Zauważcie, że najbardziej oblegany kierunek studiów aktorskich to dramat. A gdzie równowaga? Gdzie studia „Aktor teatru komediowego”? Nawet poza uczelniami wyższymi można znaleźć całą masę warsztatów rozwijających właśnie umiejętność doprowadzania się do szczerej, autentycznej rozpaczy i wściekłości. Sporo na ten temat pisze na swoim blogu Amaktor na blogu gdybymbylaktorem.wordpress.com.

Tutaj przykładowy post: http://gdybymbylaktorem.wordpress.com/2013/12/23/wypedzic-z-teatru-teatr/

A komedia? Wielu ludzi twierdzi, że vis comica, czyli de facto umiejętność rozśmieszania ludzi swoją grą. jest wrodzona. A jaka ma być, skoro nie ma jej gdzie ćwiczyć? Warsztaty skoncentrowane na graniu komediowym można w Polsce policzyć na palcach jednej ręki. Są wprawdzie warsztaty kabaretowe, ale to po pierwsze jednak nie teatr, a po drugie ciężko o takie, które by się odbywały regularnie. Są też warsztaty impro, ale na większości z nich na dzień dobry usłyszysz, że masz się nie starać być śmiesznym.

Także, jeśli ktoś chce rozwinąć umiejętność grania komediowego, musi sobie zakupić bilet lotniczy i udać się na przykład do Academy of Performing Arts w Sydney.

Zapraszam do przeczytania poprzedniego posta O Komedii.

Komentarze

Komentarze

4 myśli na temat “Komedia vs. Tragedia. Fight!”

  1. Znalazłem interesujący fragment ze Stanisławskiego całkiem apropos: Nieraz różnica pomiędzy tragedią (…) i komedią polega jedynie na „okolicznościach założonych”, wśród których rozwija się akcja sceniczna. Poza tym życie fizyczne toczy się wszędzie jednakowo. I w wodewilu, i w tragedii siedzi się, chodzi, spożywa posiłki.

    – krótko mówiąc, komedia niczym się nie różni od tragedii, oprócz warunków w których się odbywa. Myślę, że to fajne przemyślenie – wszystko może być interpretowane pozytywnie lub negatywnie, w zależności od tzw. punktu siedzenia… 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.