Ostateczne podsumowanie Ostrycznia

No i zrobiłem to. Postanowiłem i zrobiłem. Nie wiem, jak to dokładnie brzmi po łacinie, dlatego użyję starego i oklepanego „Veni, vidi, vici”. A co dokładnie zrobiłem? Już tłumaczę.

Jeszcze na początku listopada wymyśliłem sobie głupią, ale ambitną akcję. Stwierdziłem, że styczeń jest w mojej branży najgorszym miesiącem w roku i że tym razem nie życzę sobie przesiedzieć go całego w domu, narzekając, że mam mało występów. Dlatego postanowiłem, że ten konkretny styczeń będzie ostry (Ostryczeń) i że wystąpię w jego trakcie trzydzieści jeden razy. Czy to wyzwanie zakończyło się sukcesem? Prawie, bo łącznie wziąłem udział w dwudziestu siedmiu występach i występopodobnych wydarzeniach. Jest to zwycięstwo niepełne, ale dla mnie wystarczające.

Zacząłem od stand-upu, który zagrałem pierwszego stycznia o godzinie czternastej w schronisku turystycznym na Kudłaczach. Nikt mnie nie słuchał, no może oprócz obecnych na sali dzieci, które śmiały się jedynie, kiedy robiłem dziwne miny. W noworoczne popołudnie właściwie nie spodziewałem się lepszego odbioru, więc dla mnie luz.

magisterDrugiego i trzeciego wziąłem udział w wycieczce kabaretowej, którą nazwaliśmy bardzo dźwięcznie Kabaretour. Znajoma przewodniczka – Anna Hojwa oprowadzała po dawnych lokalach rozrywkowych, a ja w tak zwanym międzyczasie wyskakiwałem zza rozmaitych winkli i na ulicy prezentowałem dawne monologi komediowe. Cieszę się z dwóch powodów, bo mogłem wystawić kilka zapleśniałych tekstów i że zima w tym roku nie rozrabia aż tak jak w zeszłym. Obok zdjęcie z wycieczki, na którym prężę się w prążkach marynarki jako Magister Elegantarium (z tekstu Tuwima pod tym samym tytułem).

Później łupałem głównie stand-up w różnych wariantach i odsłonach. Sam, z kolegami, w Krakowie, we Wrocku oraz w kilku mniejszych miejscowościach. W formie open miców i raz w formie konkursu (zresztą zdobyłem pierwsze miejsce ex aequo:). Czułem jak z każdym występem rośnie moja sceniczna pewność siebie. Rosła głównie dzięki temu, że przy takiej ilości gigów zwyczajnie miałem w dupie, czy wypadnę dobrze czy źle. Mój mózg i ego zaczęły wychodzić z założenia, że dzisiaj nie muszę pokazać się z najlepszej strony, bo w końcu jutro też jest… występ.

Najbardziej dumny jestem z tego, że w styczniu wystawiłem swoje pierwsze pięć minut standupu po angielsku (Europo, szykuj się. Nadchodzę) i z tego, że kolejne pięć minut, zupełnie innego dnia, zagrałem z trzymetrowym pytonem tygrysim na plecach.

wąż

Kilku akcji z różnych względów nie udało mi się doprowadzić do skutku. Zadziwia mnie jedna rzecz… Oczywiście nie wszystkie styczniowe przedsięwzięcia i występy odbyłem za pieniądze. Ciężko znaleźć płatny występ na przykład na wtorek, zwłaszcza jeśli ma się obowiązkową próbę o osiemnastej trzydzieści. Dlatego proponowałem różnym instytucją rozmaite udziwnienia i nowinki, takie jak na przykład czytanie bajek dzieciom i prelekcja o tekściarstwie komediowym. Jasno informowałem, że to na styczeń, bo mam taką akcję, takie wyzwanie… Zadziwiająco dużo razy w ostatnim momencie otrzymywałem informację, że jednak teraz się nie uda i czy możemy to zrobić na przykład w lutym…

Najbardziej żałuję, że nie udało mi się zrealizować pomysłu, który w głowie nazwałem Digital Stand-up. Miała to być forma standupowej telekonferencji. Chciałem namówić mało znanych komików z United States of America, żeby wystąpili przez kamerki internetowe i pokazali swój stand-up na telebimie. W Polsce, a konkretnie w hipertechnologicznej Artetece, widownię też miała filmować kamera, aby komik grający przed swoim komputerem gdzieś tam w Ohio mógł nawiązać interakcję. Okazało się, że w Stanach nawet najmniej znani komicy mają w diabła i trochę występów i że nie są zainteresowani takimi eksperymentami. Napisałem bodajże do czterdziestu i odpuściłem. Momentami ze zgrozą patrzyłem na ich grafiki. Okazało się, że niektórzy na co dzień robią to, co dla mnie było dosyć dużym wyzwaniem. Ci goście grają po trzydzieści, trzydzieści jeden występów w miesiącu. Stany to ogromny kraj i dzięki temu daje ogromne możliwości.

Ten fakt skłonił mnie do zastanowienia się, czy to co robię, jest naprawdę aż takie bardzo wyjątkowe? Bo przecież dowolny aktor, który jeździ z bajkami po szkołach, często gra dwa spektakle dziennie przez pięć dni w tygodniu. To jest lekko licząc czterdzieści występów miesięcznie.

I tutaj wymierzyłem sobie siarczystego, mentalnego plaskacza i ostrym, mentorskim tonem przypomniałem, że zawsze należy porównywać się przede wszystkim z samym sobą. Ja coś takiego zrobiłem po raz pierwszy i muszę przyznać, że jestem z siebie dumny. Na dodatek dosyć mocno mi się spodobało i siłą rozpędu coś z Ostrycznia zostanie w moim życiu. Już teraz załatwiam sobie więcej występów niż w roku poprzednim.

Komentarze

Komentarze

3 myśli na temat “Ostateczne podsumowanie Ostrycznia”

  1. Może to głupio zabrzmi.

    Jakby:

    niemodnie,
    po kolesiowsku,
    lizusowsko (e, tam),
    bałwochwalczo,
    „może załatwisz mi wstęp”,
    „zrobimy sobie sweetfocię?”,
    „faktycznie za ten jeden obiad w miesiącu, z moich pieniędzy za bilety, to postawiłbyś piwo”,
    podziwczo, że szacun, że taki wszechstronny (oprócz sportów obronnych)

    No przecież:
    „znam tego faceta na ekranie – jestem z nim na ty”..
    „znam tego na scenie – jestem z nim na ty”

    A może (hehehe)
    „poznasz mnie z Wójcikiem?”



    „Alana już znam…..”

    no i:
    „jak ja Wam zazdroszczę…”
    i..
    „jak ja bym chciał z Wami”

    to…

    niech se tam tak brzmi. Mam to, jak piszesz, w dupie…

    A ja trzymam za Ciebie kciuki
    I życzę Ci wytrwałości, bo wierzę, że pracowitością…
    i talentem

    I bądź z siebie dumny

Możliwość komentowania jest wyłączona.