Motywacja na motywach

„Festiwal komediowy imienia Tomka Biskupa właśnie dobiegł końca. Wielkie święto smutnego śmiechu trwało przez jedenaście miesięcy (przyszłoroczna edycja zaczyna się już za miesiąc). Podczas tej imprezy mogliśmy zobaczyć komików z całego świata, były też eventy powiązane bezpośrednio z mistrzem. Zobaczyliśmy ekranizację jego życiorysu z niedawno wskrzeszonym Hugh Grantem w roli tytułowej, pewna lekko niedorozwinięta dziewczynka przez trzy miesiące non stop recytowała jego bloga, a w ostatnich dniach odbyły się wybory najlepszego sobowtóra Biskupa. Zwycięzca – Mariusz Kędziel – mówił, że najtrudniej było mu uzyskać wyraz twarzy wypłoszonego wampira. Aby doprowadzić do perfekcji przygarbienie przez trzy miesiące z rzędu nosił w rękach ciężarki. Jako nagrodę otrzymał statuetkę z blachy falistej i wycieczkę objazdową po księżycach Saturna…”

Nie, nie porąbało mnie. Moje ego też trzyma się nieźle (tzn. gdzieś pomiędzy lekką niepewnością a megalomanią). To coś, powyżej to jest ćwiczenie motywacyjne, a raczej jego fragment. Ćwiczenie polega na napisaniu artykułu o samym sobie, ale z przyszłości. Tutaj lekko zmiksowałem je z innym pobudzającym do działania trikiem, czyli pisaniem własnego tekstu pośmiertnego. Obydwa zadania mają na celu uzmysłowienie sobie, czego chcemy w życiu i do czego dążymy, a konkretnie czego ty chcesz i do czego ty dążysz. I wiecie co? Uważam, że pisanie takich rzeczy jest fajną zabawą literacką, ale nie wierzę, że to działa.

Internet aż roi się i napina od takich metod. Jest ich tak dużo, że nawet nieskończona sieć informacyjna wydaje się od tego szmelcu pękać w szwach. Gdzieś, nie pamiętam gdzie, znalazłem technikę polegającą na wypisaniu listy swoich skrajnie wyolbrzymionych celów. Uwielbiam techniki i systematyczne podejście do spraw humanistycznych, więc z przyjemnością je sobie zrobię:

„1. Zostać najsławniejszym komikiem w Polsce.

2. Napisać książkę, która będzie jednocześnie komediowa i traktowała o komedii. Książka ma oczywiście stać się bestsellerem.

3. Zhakować humor. Poznać każdy jego zakamarek, każdy tajnik, doprowadzić do sytuacji, w której w każdym momencie życia będę potrafił powiedzieć coś zabójczo śmiesznego.

4. Odrzucić wszystkie propozycje z korporacji i uczelni. Za żadne skarby świata się nie dzielić swoim sekretem.

5. Zostać pierwszym komikiem, który zagrał godzinny występ stand-up w stanie nieważkości (czyli chyba float-up).

6. Za zarobione pieniądze sformować małą armię i podbić na przykład Ekwador.

7. Z nudów zacząć tresować ekwadorskie kozy.”

No spoko. Tylko czy mi to coś dało? Czy w jakikolwiek, nawet najmniejszy, sposób przybliży mnie to do zrealizowania celów, marzeń, założeń? Czy będę coś z tego miał realnie? Nie, nie będę. Bo od momentu, kiedy postanowiłem, że zostaną kabareciarzem, byłem pewien, że uda mi się wleźć na szczyt (i to trwa dalej. Dalej nieprzerwanie i niezmordowanie jestem pewien, że kiedyś uda mi się wywalczyć łatkę, tudzież odznakę najlepszego.)

No i świetnie. Można powiedzieć z angielska: „Good for me”, tylko co z tego. Nie wszyscy tak mają. Nie wszyscy zostali obdarzeni tak zwaną motywacją immanentną. (Tak, to słowo istnieje.)

I tutaj odnosząc się do słów. Słowo zmotywowany, rozumiane intuicyjnie, oznacza zdaje się, że ktoś chce daną rzecz zrobić? Czyli jeśli nie jest zmotywowany, to zdaje się nie chce. Więc po co się pcha? Po co się zmusza? Skoro nie chce, to niech siedzi na dupie.

P.S: Oczywiście techniki, którymi się param regularnie i na co dzień, czyli te wspomagające kreatywność i myślenie komediowe, to zupełnie co innego. One na sto procent działają.

Komentarze

Komentarze

6 myśli na temat “Motywacja na motywach”

  1. A jakie to techniki, bo mi obecnie kreatywność leży. Czy w tych technikach używa się np. substancji powszechnie uważanych za odurzajace?

    1. Zdecydowanie nie używa się żadnych substancji. Techniki polegają, z grubsza mówiąc, na przetaczaniu myśli na inne tory, niż te, którymi idą na co dzień.
      Przykład takiej techniki tutaj na blogu koleżanki:

      slowcreativelife.com/kiedy-nie-kochasz-juz-swojego-swetra/

      Jeszcze parę przykładów znajdziesz w dziale warsztaty u góry bloga, a całą ich masę, jeśli wpiszesz Edward De Bono w google. Po angielsku jest tego w sieci cała masa.

      Ja te techniki lubię i uważam, że działają:)

      1. Nie używa się żadnych substancji..? Właśnie przeczytałam wpis pt. ‚bardzo przyjemna technika’ 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.