Jajecznica z pozytywnym truciem

Byłem wczoraj w Warszawie, spałem w hostelu i zamiast spożyć na śniadanie bułkę z parówką w formie colddoga, tak jakbym to zrobił zazwyczaj, zacząłem włóczyć się po okolicach Nowego Świata i ostatecznie wylądowałem w jakiejś małej, ale ekskluzywnej knajpce i kierowany prawdopodobnie chwilowym zaćmieniem umysłu spożyłem podejrzanie drogą jajecznicę (za smażone, bełtane jajka i sok ze świeżych pomarańczy zapłaciłem prawie tyle co za nocleg).

Knajpka spoko, jajecznica jak na swoją cenę niezła. Natomiast mocno mnie ciekawiło i lekko irytowało zachowanie obecnych na sali właścicieli. Była ich dwójka, młode małżeństwo albo przynajmniej para. Okazywali mi, jako klientowi, tak dużo życzliwości i tak ogromne zainteresowanie, że wręcz czułem się przytłoczony i osaczony.

Ledwie zajrzałem w kartę, a właścicielka już dopytywała się, czy coś mi doradzić. Wypiłem duszkiem podany sok, po czym kelner, wyraźnie zestresowany obecnością i nadgorliwością swoich pracodawców, zapytał czy podać mi jeszcze jeden. Niemal równocześnie właścicielka zapytała, czy sok mi smakował. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo wszedł mi w słowo właściciel, który zaczął tłumaczyć, że to jest prawdziwy sok ze świeżych pomarańczy, najlepszy, najświeższy, że nie wypiję takiego nigdzie indziej w Warszawie, bo w innych miejscach oszukują i dodają soku nieświeżego czyli z kartonu.

kr-scrambled-eggsW głowie z miejsca zaświtało mi pytanie: „A co interes wam się kurwa nie kręci?” Mimo wszystko powstrzymałem je, zbiłem i wyartykułowałem coś całkowicie bez sensu i znaczenia.

Zjadłem jajecznicę doprawioną, wypieszczoną i wypomadowaną. Wokół żółtej, tradycyjnej potrawy ze wszystkich stron leżały podejrzane rzeczy w rodzaju podsmażonego pomidora i kiełków ozdobionych octem balsamicznym. Ledwie skończyłem jeść, a z miejsca dwa głosy unisono zapytały mnie czy smaczne. No… Jajecznica. Generalnie ciężko, psiakrew zepsuć.

Z toalety nie skorzystałem, bo obawiałem się, że po wyjściu usłyszę z ust właściciela pytanie, czy defekacja przebiegła poprawnie.

Poprosiłem o rachunek, właścicielka sztucznie zapytała mnie: „Ojej, już pan nas opuszcza?” Uiściłem należność, po czym zwiałem. Obawiałem się, że jeśli będę się za bardzo ociągał z wyjściem, to zarządzająca knajpą para zacznie mi rzucać pod nogi płatki róż i machać na pożegnanie chusteczką jednocześnie krzycząc dramatycznie: „Zapraszamy ponownie!”

Powyższa sytuacja jest dowodem na jedną z dwóch poniższych rzeczy:

Albo, że każda przesada jest zła.

Albo, że nawet jeśli wszystko jest w porządku, to Biskup i tak będzie się potrafił przyczepić.

Zapraszam do poprzedniego posta z kategorii Życie Dziwi.

P.S: Nazwy knajpy nie podaję, bo nie chodzi mi o to, żeby komukolwiek robić antyreklamę.

Komentarze

Komentarze

6 myśli na temat “Jajecznica z pozytywnym truciem”

  1. Dobrze, że od takiego przesłodzenia, jajecznica Ci nie zaszkodziła.
    Jak to gadają, „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”.

    Tak poza tym, jestem pod wrażeniem, jak ze zwykłej jajecznicy można zrobić całkiem ciekawą historię. Szacun 🙂

  2. Zdecydowanie każda przesada jest zła i trąci fałszem. Dot. Tak rzekło mi moje doświadczenie (rz)(ż)yciowe….

  3. Kiedy coś sobie oglądam w sklepie i leci do mnie gorliwa panienka oferujac pomoc (w patrzeniu?), zazwyczaj może się pociąć o wyraz mojej twarzy. Wiem, że to nie jej wina, pracodawca pewnie tego od niej oczekuje bo się naczytał w amerykanskich książkach o cudownych właściwościach marketingu włazidupnego, ale nie mogę się powstrzymać. Unikam takich sklepów jak mogę. No ale może ta technika sie sprawdza, skoro uparcie stosują..

    No ale co, smaczna była..?
    :]

Możliwość komentowania jest wyłączona.