Wbrew pozorom jednak istnieje coś takiego jak ciekawostki gramatyczne

hungarian alphabet

Ostatnio, jakieś dwa tygodnie temu, zacząłem się uczyć języka węgierskiego i jak na razie zakładam, że doprowadzę to dzieło do końca, czyli do momentu, w którym będę po madziarsku mówił biegle. Pewnie część z Was, drodzy czytelnicy zaczyna się zastanawiać, po jaką cholerę jest mi ten pokręcony i całkowicie niezrozumiały język. Pewnie niektórzy zaczynają snuć domysły, że planuję się zatrudnić w jednej z korporacji dających zawrotne premie za władanie niszową i mało popularną mową. Nic z tych rzeczy… Odpowiedzi jest kilka. Częściowo chcę poćwiczyć mózg. Częściowo chcę dorzucić jeszcze jeden element do swojej wypielęgnowanej i szczęśliwie rosnącej opinii dziwoląga. Częściowo uruchomiła się u mnie ambicja, żeby w ciągu dwóch lat móc pojechać do Budapestu i wystawić jakieś dziesięć minut stand-upu po węgiersku.

Czyli można powiedzieć, że ta nauka jest mi po nic..

Udało mi się już w tej edukacji językowej przeskoczyć z poziomu, na którym potrafiłem powiedzieć: „Nem tudom magyar”- „nie rozumieć węgierski” do levelu, na którym mogę już zakomunikować dumnie i pełnym zdaniem: „En beszelek kiscit magyarul” – „Ja mówię bardzo mało po węgiersku.” (Nie mam wątpliwości, że w tym ostatnim zdaniu popełniłem jakieś błędy.)

Jak na razie mogę stwierdzić, że ten język jest dziwny, ale nie aż tak znowu bardzo. Wbrew pozorom słów, które są podobne do polskich można znaleźć całkiem sporo, tylko często nie da się ich wyłapać pomiędzy słowami niepodobnymi absolutnie do niczego. (Te podobne to np: obiad – ebed, obrus – abrosz. Te całkowicie niepodobne to np: Visontlatasra – Do widzenia.) Gramatyka jest pieprznięta, ale też znowu nie tak mocno. Właściwie to mam wrażenie, że nasze, polskie zasady są dużo bardziej powyginane.

Główna i wywołująca najwięcej okrzyków zdziwienia oraz oburęcznych chwytów za głowę, różnica jest taka, że Madziarzy mają siedemnaście przypadków, a raczej czegoś do przypadków bardzo podobnego (nazywa się toto końcówki okolicznościowe). A więc w węgierskim dodaje się do rzeczownika (niech to będzie np. rzeczownik: „autobus”) inną końcówkę w zależności od tego, czy ktoś wychodzi z autobusu, wchodzi do autobusu, czy też idzie od strony autobusu. Jest też osobna końcówka dodawana w sytuacji, w której autobus zamienia się w coś innego (czyli gdyby magia planowała zacząć działać, to Węgrzy są na to przygotowani).

Nauka madziarskiego zachęciła mnie do przypomnienia sobie innych ciekawostek gramatyczno-językowych, o których już kiedyś czytałem oraz wyszperania nowych.

Pamiętam, że raz przeczytałem w jakimś artykule pośrednio związanym z językoznawstwem, że w hindi istnieje specjalny czas gramatyczny do opowiadania o zdarzeniach, które miały miejsce przed naszym urodzeniem. Próbowałem odszukać w internecie potwierdzenie dla swoich wspomnień. Niestety sieć polska i angielska na ten temat milczą. Natknąłem się natomiast na odrobinę zbliżoną ciekawostkę. Jeden z języków pama-nyungan (posługują się nim australijscy Aborygeni) ma osobny czas przeszły do opowiadania o wydarzeniach z zeszłej nocy (czyli nieskładne bełkotanie na kacu zostało u nich całkowicie sformalizowane).

W języku navajo (Indianie pólnocno-amerykańscy) nie występuje taka część zdania jak przymiotnik. Funkcję określania cech przedmiotów w jakiś tajemniczy dla mnie sposób przejęły czasowniki. Nie da się więc powiedzieć: „widzę człowieka” nie implikując jednocześnie czy jest to człowiek mały, duży, niebieski czy brzydki. W navajo występuję tylko cztery samogłoski: „a,e,o oraz i”. Można je za to powiedzieć krótko, długo, przez nos albo normalnie. Ponadto sylaby wymawia się z tonem stałym, opadającym albo wznoszącym. Nic więc dziwnego, że podczas drugiej wojny światowej Amerykanie wykorzystywali Indian Navajo jako szyfrantów.

(Tutaj nachodzi mnie takie drobne przemyślenie, że taki Indianiec Navajo tudzież Navaj słysząc po raz pierwszy zgłoskę „u” musiał mieć taki sam mindfuck jak Polak przy pierwszej styczności z niemieckim umlautem.)

Oczywiście nie da się pisać posta o dziwactwach gramatycznych i nie wspomnieć ani słowem o osławionych językach azjatyckich. Na przykład japoński jest językiem honoryfikatywnym, co oznacza, że niektóre czasowniki i inne zwroty hmmm, odmieniają się przez formy grzecznościowe (pewnie lingwista wyraziłby to odrobinę inaczej). Na dodatek w miejsce naszych zwrotów grzecznościowych „pan, pani” Japończycy mają trzy stopnie uprzejmości. Można więc do kogoś mówić normalnie, z szacunkiem, skromnie albo z uniżeniem. U nas niby też… Tylko, że u nas rdzeń czasownika zostaje taki sam, a w japońskim zaczyna trochę szaleć. Tutaj przytoczę z Wikipedii odmianę słowa „patrzeć”.

Język nieformalny       miru

Wywyższający               go-ran ni naru

Skromny                          haiken suru

Grzeczny                          mimasu

Prawda, że za cholerę do siebie nie podobne?

Istnieje też takie dziwactwo jak język lojban, który posiada, jakby to napisać, aby nie wywołać zbyt dużo zamieszania, gramatyczne czasy przestrzenne. Co oznacza, że zmieniamy konstrukcję zdania w zależności od tego, czy mówimy o czymś co jest blisko nas, daleko czy jeszcze dalej. Mowa ta jednak została sztucznie wytworzona i uczą się jej tylko i wyłącznie akademicy, więc nie należy do niej przywiązywać szczególnie dużej uwagi. 

I tutaj tak zwane przemyślenia końcowe. To jakim językiem mówimy, bardzo mocno zmienia nasz sposób patrzenia na świat, co zresztą stara się wytłumaczyć Hipoteza Sapira-Wholfa. Tak samo uczenie się w ciągu życia nowych języków, zwłaszcza tych mocno odmiennych od rodzimego, musi mocno rozciągać naszą wizję wszechświata i poprzez pokazywanie, że wszystko można zrobić na wiele sposobów, pozytywnie wpływać na naszą kreatywność.

P.S: Jeszcze jedna ciekawostka na koniec. Dotyczy gwar i różnego rodzaju pidginów, a nie osobnych języków, dlatego wrzucam ją w peesa. Kuba Krzak, kolega z którym ostatnio grałem, powiedział mi, że u niego na Opolszczyźnie, na niektórych zapomnianych wsiach, mówi się mieszanką polskiego i niemieckiego. Starszym, wiejskim paniom, które pewnie jeszcze urodziły się za fuhrera Adolfa, zdarza się użyć niemieckiej odmiany wobec polskich słów. Na przykład: „Wczoraj w mieście gebyłam.”

P.S.2: W ramach nauki języka W. właśnie obejrzałem swój pierwszy w życiu węgierski film. I muszę stwierdzić, że mówienie tym dziwnym czymś musi faktycznie zdrowo zmieniać spojrzenie na otaczający świat. „Taxidermia” jest najbardziej pieprzniętą produkcją, jaką widziałem od dawna. Pomieszanie Jeuneta z Bareją i pomysłową pornografią.

Komentarze

Komentarze

6 myśli na temat “Wbrew pozorom jednak istnieje coś takiego jak ciekawostki gramatyczne”

  1. Nauka niektórych języków, jak dla mnie, wydaje się niemożliwa.
    Podziwiam za samozaparcie:).
    Węgierski ma ładny akcent, i to szumienie 🙂

  2. Językoznawstwo to fascynująca dziedzina, jako była filolożka uwielbiam takie ciekawostki. I nie mogabym się zgodzić bardziej z twierdzeniem o językach poszerzajacych sposób postrzegania świata. Odkrywanie siebie poprzez perspektywę innego języka to niesamowita sprawa. Obserwuję się od ośmiu lat i wciąż mnie zaskakuje, jak angielski zmienia mój sposób wyrażania siebie, poziom interakcji z innymi, nawet moje poczucie humoru (nie wspominając już o tym, jak zmienia mój polski, chociaż to akurat nie jest plus). To fascynujący proces który pewnie potrwa jeszcze długo.

    ‚Wczoraj w mieście gebyłam’ – no cudo. Mam nadzieję, że są na ten temat jakieś publikacje, że to po prostu nie odejdzie w zapomnienie razem z tymi ludżmi.

    PS. ‚Paniom’ 😉

    1. Jeśli chodzi o poczucie humoru z punktu widzenia językowego, to wydaje mi się, że układanie żartów po angielsku jest łatwiejsze niż po polsku. Prostsza konstrukcja gramatyczna. Zobaczymy jak będzie z węgierskim.
      Dzięki za błąd;) Nie wiem, jak opanuję madziarskie przypadki, skoro z polskimi sobie nie do końca radzę.

      1. Tak, jest zdecydowanie łatwiejsze, ale chodzi jeszcze np. o to, że w innym języku nagle zaczynają nas śmieszyć rzeczy, które nie śmieszą we wasnym. Trudno to wyjaśnić.
        Co do standupu po węgiersku, jest taki komik brytyjski, nie wiem, czy znasz, nazywa sie Eddie Izzard, który z powodzeniem prowadzi swoje standupy na całym świecie w conajmniej czterech językach. i w każdym jest podobno świetny. Znaczy, można – powodzenia 🙂

        1. Eddiego znam i lubię (oczywiście tylko z Youtube’a), ale nie wiedziałem, że występuje w kilku językach.

          Tu ciekawe i niespodziewane, komikiem-poliglotą był też Benny Hill. Mówił zdaje się w czterech czy pięciu językach.

Możliwość komentowania jest wyłączona.