Kryzys na Krymie z punktu widzenia komputerowego stratega

Regularnie zdarza mi się pisać posty, żeby się wyżyć, dlatego, że jakieś zjawisko mniej lub bardziej mnie wkurza. Ten wpis też ma niestety wartość terapeutyczną (przyznając to, czuję się, jakbym był nastolatką piszącą pamiętnik), ale jego powstanie jest podyktowane nie czym innym, ale strachem. Od momentu, kiedy Janukowycz został wygnany z Ukrainy, a rosyjski car Vladimir się rozsierdził i szaleje, zwyczajnie się boję, że w starym, kozackim stylu wjedzie nam na chatę.

Nie mam szczególnie dużych złudzeń względem paktów z NATO. Ukraina podpisała układy ze Stanami i Wielką Brytanią. Są dalej aktualne. Tylko co z tego? W momencie, w którym Putin postanowi wyciągnąć po nas rękę, aktualnie latające nad Polską F-16 podkulą składane ogony i oddalą się stąd z ponaddźwiękowym ujadaniem. Niestety, pomimo szczerych chęci, ja nie będę w stanie wiać równie szybko.

Niby większość ludzi screenshot5mówi, że wojny nie będzie, że Vlad Putin improwizuje, bo nie chce stracić poparcia. Że to był przypływ szału i że na Krymie swój podbój zakończy. I tutaj na scenę wchodzi moje doświadczenie strategiczne nabyte w czasach, w których maniakalnie grałem w „Cywilizację II”. Oczywiście jest to doświadczenie urojone. Nie mogę nazwać się prawdziwym strategiem… Ale… Gdyby przenieść Krym na mapę gry komputerowej, to byłby on jedynie małym zypcykiem pokrytym żółcią stepu i szarością gór. Tam nie ma nic oprócz bałaganu i nielegalnie zasiedlonych przez Tatarów nieużytków. Złoża są ubogie, infrastruktura leży, ciężko cokolwiek uprawiać. Jest owszem turystyka, ale mam nadzieję, że Putin nie jest aż tak pojebany, żeby podbijać kawałek lądu, aby móc nie martwić się paszportem przed wakacyjnym wyjazdem.

Grając w „Cywilizację” takie ubogie płachetki ziemi podbija się tylko po to, żeby zdobyć dogodny przyczułek do przerzucania wojsk i dalszej ekspansji. Wschodnia Ukraina w tym momencie jest praktycznie otoczona, więc ten jebany kagiebowski sukinsyn, ten pokurcz ze spluwą w ręce, ten samozwańczy, pseudodemokratycznty popapraniec ma idealną sytuację do natarcia. Gdybym grał w cywilizację i dowodził Ukrainą, już gromadziłbym siły przy Krymie i szykował się do kontraataku. Zresztą każdy gracz by tak zrobił. Czego innego możesz spodziewać się, tylko jeśli grasz przeciwko sztucznej inteligencji. Więc fakt, że Ukraina jeszcze nie próbuje odbić półwyspu, oznacza, że steruje nią komputer.

Jeśli Putin podbije wschodnią Ukrainę pojawią się autentyczne sankcje, a nie takie przykłady political comedy, jak obejmowanie restrykcjami dwudziestu jeden obywateli kraju liczącego sobie miliony. Więc nie opłaca mu kończyć tylko na Ukrainie. Opłaca mu się iść dalej i zajmować, grabić, łupić i odbudować ZSSR, albo nawet Rosję carską.

I tutaj słowo apropos tych sankcji. Najwyraźniej dyplomaci są równie pożyteczni w prawdziwym życiu, co i w grze. Była taka jednostka jak dyplomaci w „Cywilizacji” i stosowanie jej generalnie wielkiego chuja dawało… Łazili, ględzili i nie przynosili żadnych korzyści. Było tylko jedno praktyczne zastosowanie dyplomatów. Można ich było wysłać do wrogiego miasta i opłacić sprowokowanie buntu. I właśnie to zrobił Putin. Czyli on umie grać w „Cywilizację” a Ukraina nie.

A w ogóle, jeśli chodzi o Putina, to z chęcią zobaczyłbym, jak ktoś z nim gra w „Mortal Kombat” w wersji live. Mam nadzieję, że dojdzie do spotkania na stopie dyplomatycznej, w którym weźmie udział Putin oraz bokser i od niedawna polityk – Witalij Kliczko. Liczę, że Kliczko się poświęci dla narodu ukraińskiego i zrobi Putinowi fatality…

Komentarze

Komentarze

2 myśli na temat “Kryzys na Krymie z punktu widzenia komputerowego stratega”

Możliwość komentowania jest wyłączona.