Polityka Humorystyczna

Przy okazji rozróby jaką pan Putin rozkręca na Krymie i wschodzie Ukrainy, wypłynęła ostatnio na powierzchnię mediów postać Witalija Czurkina – stałego rosyjskiego ambasadora przy ONZ, który swoją karierę dyplomatyczną zaczynał jeszcze w ZSRR. Pierwszym istotnym dokonaniem, tudzież wyczynem, tudzież wybrykiem w karierze pana Czurkina było informowanie krajów zachodu o katastrofie w Czarnobylu, tudzież zwodzenie ich w tej sprawie za nos. Czurkin wsławił się niewiarygodną wręcz umiejętnością unikania odpowiedzi i zbijania pytań. Prawdopodobnie właśnie ze względu na te skille i talenta wysoko zaszedł w hierarchii Związku Radzieckiego i dalej stoi wysoko na szczeblach dyplomatycznych rzekomo postradzeickiej Rosji (którą rządzi pułkownik KGB, mhhh, taaa).

Pomimo, że jestem świeżo odkrytym rusofobem i zwolennikiem urządzenia zbiórki społecznej na uwolnienie Alego Akczy i wysłanie go za grube pieniądze z misją odstrzelenia Putinowi łba, muszą przyznać, że Czurkinowi nie brakuje poczucia humoru. Posługuje się nim w politycznej walce wyjątkowo sprawnie i cynicznie, z bezczelnością rzadko spotykaną u osób piastujących tak zauważalne i istotne funkcje (politycy niższej rangi jak na przykład Janusz Krowin Mikke mają mniej do stracenia i dlatego bardziej odważnie przyjmują rolę błaznów).

Kiedy w tym roku amerykańska dyplomatka Samantha Power odwiedziła w więzieniu punkowo-feministyczny zespół Pussy Riot, Czurkin skrytykował jej wizytę następującymi słowami: „Nie dołączyła do ich zespołu? Oczekiwałbym, że zaprosi je do występu w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie, (…) potem w Mekce, a na końcu pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie” O ile uważam, że Czurkin jest skurwysynem, o tyle ciężko jest tutaj nie przyznać mu może nie racji, ale pewnej trafności. Dziewczyny z Pussy Riot zostały skazane za odśpiewanie w moskiewskim soborze Chrystusa Zbawiciela pieśni: „Bogurodzico przegoń Putina.” Gdyby jakiś zespół punkowy wdarł się na przykład do Kapitolu i tam zaczął drzeć się o potrzebie obalenia Obamy, na pewno nie skończyłoby się ze strony amerykańskich władz na żartobliwym i ustnym upomnieniu. Jestem pewien, że winowajcy wylądowali by na czas jakiś w więzieniu tudzież jednej z nie tak rzadkich w Stanach farm penitencjarnych, które swoją koncepcją odrobinę przypominają łagry.

Swoją drogą utarczki słowne pomiędzy Czurkinem i Power odrobinę przywodzą mi na myśl szkolne przekomarzanie się bystrego, niegrzecznego chłopaka z niezbyt rozgarniętą kujonką, która zawsze pierwsza pcha się do tablicy.

Przy okazji czytania o Czurkinie przypomniałem sobie, że w świecie polityki było i jest całkiem sporo cyników i ludzi wykorzystujących ironię do atakowanie swoich oponentów. Przypomnę kilku z nich.

Jerzy Urban jest osobą doskonale wszystkim znaną i delikatnie mówiąc nie przez wszystkich lubianą. Milioner, redaktor, felietonista i bezwzględny krytyk, a kiedyś też (nie wszyscy o tym pamiętają) polityk. Ja osobiście do tej postaci żywię pewną sympatię. Po pierwsze zawsze lubiłem buntowników i skandalistów (tych inteligentnych), a po drugie pochodzę z rodziny o silnych tradycjach antyklerykalnych i tygodnik „Nie” gościł u mnie co niedzielę zamiast mszy. Po drugie Urban pojawił się w moim życiu kiedy miałem mniej więcej dziesięć lat, czyli właściwie w tym samym momencie co Myszka Miki i Transformersy. Ten śmieszny, gruby i uszaty pan jest więc jedną z moich ulubionych postaci z dzieciństwa. Jest też, nie mniejszym od Czurkina, skurwysynem i komunistyczną świnią, do czego sam ze śmiechem się przyznaje.

W stanie wojennym pełnił funkcję rzecznika prasowego Rady Ministrów. Nie tyle był narzędziem propagandowym, co sam właściwie tworzył propagandę tego okresu w historii PRL (niektórzy nazywają go komunistycznym Goebbelsem). Zasłynął ze swoich cotygodniowych konferencji prasowych, podczas których podobnie jak Czurkin, zwodził zagranicznych dziennikarzy próbujących dowiedzieć się, co właściwie dzieje się w Polsce. Popisał się też i to nie raz poczuciem humoru, które dzisiaj wszyscy znamy i nie wszyscy lubimy. Kiedy Stany zjednoczone oświadczyły, że będę wysyłały śpiwory i pomoc humanitarną protestującym przedstawicielom Solidarności, Urban ogłosił, że PRL wyśle analogiczną zapomogę bezdomnym w Nowym Yorku. Kiedy Reagan nałożył na socjalistyczną Polskę sankcje, Urban bezczelnie palnął: „Rząd wyżywi się sam.” Po latach bez żadnej skruchy w ten sposób wspomina swoje, emitowane w publicznej telewizji, konferencje prasowe: „(…) były najlepszym show, jaki kiedykolwiek miała telewizja. 60 proc. oglądalności! One stały się instytucją! Wymyśliłem: w każdy wtorek w południe spotykam się z dziennikarzami zagranicznymi akredytowanymi w Polsce i odpowiadam na ich pytania. Potem telewizja komponuje z tego swój program, eliminując, co dla nich niewygodne, a „Rzeczpospolita” drukuje w całości z moją autoryzacją. Na tych konferencjach zawsze miałem pełną salę. A wie pani, dlaczego był taki szalony skup tych konferencji? Bo ja dbałem, żeby na każdą przynieść żer.”

reaganReagan. Ten sam, który dopiero co, w akapicie powyżej, nałożył sankcje na PRL. Kowboj i to na dodatek prawdziwy, bo z Westernu. Też świnia, tylko tym razem prawicowa, co jest dowodem na to, że poczucie humoru może rozwijać się całkiem niezależnie od poglądów politycznych. Reagan kiedyś powiedział, że „hipis to osoba, która wygląda jak Tarzan, porusza się jak Jane i śmierdzi jak Cheetah.” Kiedy wwieziono go na salę szpitalną po próbie zamachu na jego życie zwrócił się do mających go za chwilę operować chirurgów: „Mam nadzieję, że wszyscy jesteście Republikanami.” Wsławił się też żartami wymierzanymi podczas debat w swoich politycznych oponentów, na przykład Jimmiego Cartera. Reagan sypał przeciw statecznemu Carterowi tak dużą ilością pół-obelżywych żartów, że właściwie zmieniał polityczne dyskusje w komediowe show. „O recesji mówimy wtedy, kiedy twój sąsiad traci pracę. O kryzysie, kiedy ty tracisz pracę. O poprawie, kiedy jimmy Carter traci pracę.”  Niby nic, nie? Takie lekkie, amerykańskie przekomarzanki. Głupstewka z kraju wolności, nie dorównujące poziomem cynizmu Urbanowi ani Czurkinowi. W 1984 Reagan powiedział w studiu radiowym: „Moi drodzy Amerykanie, z dumą oświadczam, że właśnie podpisałem dokument ostatecznie potępiający Rosję. Bombardowanie zaczyna się za pięć minut.” Był to jego jakże oryginalny sposób na sprawdzenie mikrofonu przed wejściem na antenę. Żarcik, który mógł nas wszystkich zmienić w chmurę napromieniowanego popiołu.

Ostatni człowiek, ostatni polityczny żartowniś, którego chciałem przedstawić to Idi Amin. Psychopatyczny błazen, dyktator Ugandy, zapatrzony w siebie generał. Amin nie był śmieszny, ale usilnie próbował. Miał na drodze do komediowej kariery dwie przeszkody. Po pierwsze ciężko wywołać u kogokolwiek śmiech, jeśli jesteś despotą odzierającym ludzi ze skóry i mordującym bez powodu setki poddanych. A po drugie najwyraźniej chłop nie miał talentu… Oto fragment przemówienia, które Amin wygłosił na uroczystym obiedzie wydanym przez królową Elżbietę II: „Moja wysokość, Panie Królowa, sir, okropni ministrowie, wyproszeni goście, panie pod panami. Niniejszym składam wam podziękowania, Panie Królowa, sir. Naprawdę u was podjedliśmy. Jesteśmy całkowicie nakarmieni. Zanim odjedziemy, chciałbym was Panie Królowa zaprosić do Ugandy, aby móc się zemścić. Zjesz całą krowę i tak się przejesz, że będziesz miała z przejedzenia problemy z chodzeniem…” Nie ukrywam, że w wiekopomnej mowie Amina dokonałem podczas tłumaczenia pewnych modyfikacji. Oryginał można sobie przeczytać tutaj. 

Nie jest to jedyny wybrak ugandyjskiego potwora, nad którym musiała się nagłowić brytyjska dyplomacja. Prezydent (oficjalnie nim był) lubił też wyzywać innych polityków na pojedynki bokserskie. Kiedy wezwana przez niego do walki na pięści królowa Elżbieta II, nie podniosła rękawicy, ogłosił się ‚pogromcą imperium brytyjskiego’.

Ze wspomnień jednego z licznych synów ugandyjskiego dyktatora (miał około czterdzieści dzieci) wynika, że pan Amin brał się za bary nie tylko z humorem słownym ale też sytuacyjnym. Syn wspomina, że jego tata był radosnym dowcipnisiem. Lubił dla żartu straszyć innych. Ulubiony dowcip polegał na tym, że brał dzidę i na pełnej, tak zwanej parze, szarżował na przypadkowe osoby, po czym w ostatnim momencie dzidę odrzucał. Szarżujący na ciebie dyktator-morderca, kupa śmiechu. Lubił też brać swoje nowe żony (też miał ich sporo) na przejażdżki amfibią i nie mówiąc, że ten samochód pływa, niespodziewanie wjeżdżać do jeziora. Taki potwór-dowcipniś.

Zapraszam do poprzedniego posta O Komedii.

Pisząc posta korzystałem z następujących źródeł (głównie:):

www.polityka.pl

www.salon24.pl

www.townhall.com

grappat.blogspot.com

dailymail.co.uk

Komentarze

Komentarze