Nie wierzę, że oni w to wierzą

Na swój sposób religia jest moim hobby. Interesuję się wszystkim w co ludzie byli i są w stanie uwierzyć, a przede wszystkim zastanawiam się nad tym, czy gdzieś jest granica. Czy możliwe jest wymyślenie wiary tak kretyńskiej i pokrętnej, że nie znajdą się na świecie ludzie gotowi ją wyznawać? Coś w rodzaju kościoła Latającego Potwora Spaghetti tylko stworzonego na poważnie (oczywiście „wyznawcy” LPS twierdzą, że ich wiara jest całkiem serio, ale w tym właśnie tkwi clue ich dowcipu). Kilka religii, tudzież sekt, które wypiszę poniżej skłania mnie do przekonania, że w odpowiednich okolicznościach odpowiedni ludzie (słabi? łatwowierni?) kupią wszystko. Jakie są te odpowiednie okoliczności? Cóż, na pewno tę największą, religijną bzdurę, którą chcesz sprzedać innym, powinieneś traktować poważnie. A później to już jak w każdym innym biznesie – ciężka praca i siła przebicia…

1. Rodzina Charliego Mansona

mansonSiły przebicia zdecydowanie nie brakowało Charlsowi Mansonowi, jednemu z bardziej znanych morderców naszego stulecia. Wszyscy coś tam o nim wiedzą… Na przykład, że zamordował żonę pewnego znanego reżysera-pedofila. Nie wszyscy wiedzą, że celem napaści wcale nie był Polański, ani jego małżonka. Zginąć miał agent grupy Beachboys, do którego wcześniej należał zaatakowany dom. (Nie chciał wydać płyty Mansona, a nawet tutaj wymienionego wyśmiał. Także wy wszyscy impressario odrzucający słabe, waszym zdaniem kabarety i komików, miejcie się na baczności…) Nie wszyscy też wiedzą, że Manson tak naprawdę nikogo nie zabił. Wydał rozkaz, a mordu dokonała ślepo wierząca w jego słowa grupa. Co ciekawe złożona głównie z kobiet. Ślepo wierząca i ślepo posłuszna… Bo dziewczyny były na każde jego zawołanie, także jeśli chodzi o łóżko. „Bliskością” jednej z nich płacił za wynajem domu właścicielowi rancza, na którym mieszkała jego sekta. Krótko mówiąc Charlie posiadał nad grupą władzę, o jakiej marzy każdy korporacyjny menager.

Co więcej Charles i jego „Rodzina” wierzyła w Beatlesów. Znaczy chyba każdy wierzy, bo mało kto zaprzeczy realności sławnego zespołu z Liverpoolu. Tyle tylko, że Manson uważał chłopaków za czterech aniołów apokalipsy (a siebie za piątego). Twierdził, że niedługo rozegra się armagedon, że wybuchną zamieszki na tle rasowym i że czarni będą mordować białych. Tylko osoby znajdujące się w jego (Mansona) bezpośredniej bliskości miały przetrwać. Nazwa tego armagedonu została przez Charliego zapożyczona od jednej z piosenek Beatlesów – „Helter Skelter”. Kawałek jest, jak na czwórkę z Liverpoolu, bardzo ostry, właściwie prawie hardrokowy, ale i tak nie wyobrażam sobie, żeby świat miał się skończyć właśnie przy tej melodii.

2. Wyznawcy Johna Fruma z Vanuatu

frumeNa swój sposób rozumiem, że członkowie grupy Mansona czcili Beatlesów jako wyższe istoty. W końcu Paul i John (trochę mniej Ringo i ten czwarty) naprawdę dokonali niesamowitych rzeczy. Mało kto na kuli ziemskiej zyskał równie dużą popularność, a publiczność na ich koncertach (głównie kobiety) dostawała prawdziwej i stuprocentowo autentycznej ekstazy. Sam uważam, że Beatlesi są lekko niewiarygodni, dlatego uznanie ich za bogów jeszcze jakoś mieści mi się w głowie. Nie mieści mi się za to fakt, że na terytorium Republiki Vanuatu czci się zwyczajnego amerykańskiego trepa. W tym pozornie rajskim kraiku (jeszcze do niedawna praktykowano tam kanibalizm) ludzie wyznają… Johna Fruma. Frume najprawdopodobniej był żołnierzem i rozbitkiem, którego morze wyrzuciło na brzeg podczas Drugiej Wojny Światowej. Pokazał parę technologicznych sztuczek i w oczach prymitywnych plemion Vanuatu stał się bóstwem… Wierni do tej pory czczą go maszerując na wzór amerykańskich żołnierzy (zdjęcie powyżej). Są też święcie przekonani, że w dniach ostatecznych John przybędzie do nich na wielkim lotniskowcu i przywiezie im duże ilości ubrań, apteczek oraz Coca-Coli (co odrobinę przywodzi mi na myśl film „Bogowie muszą być szaleni”). Fakt, że Bóg-John ma przypłynąć po wyznawców statkiem, wcale nie przeszkadza im wierzyć w to, że jego domem jest wulkan na terytorium Vanuatu. Cóż katolicy mają dogmat trójcy świętej, a inne wiary własne paradoksy.

Jeszcze jedna ważna informacja. Kult Johna Fruma jest nieduży, ale wcale znowu nie aż tak bardzo marginalny. Jego wyznawcy stanowią pięć procent populacji Vanuatu. To więcej (procentowo) niż w Polsce jest świadków Jehowy.

I jeszcze druga ważna informacja. To nie jest odosobniony przypadek. W historii ludzkości pojawiło się jeszcze wiele innych kultów cargo. Czyli takich, w których prymitywne plemiona uznają technologie bardziej zaawansowanych cywilizacji za efekt działania duchów, bogów czy demonów i też próbują się tym istotom wyższym przypodobać. Jedni uważają istnienie kultów cargo za dowód na to, że każda religia jest wymysłem (w końcu powstały na naszych oczach). Inni na to, że wieki temu obcy odwiedzali ziemię (bogowie staroegipscy jako istoty pozaziemskie utrwalone w antycznym kulcie cargo). Niesamowite, jak różnorodne wnioski można wyciągnąć w zależności od punktu siedzenia. Ja uważam, że istnienie kultów cargo nie jest dowodem na nic. Próba udowodnienia, że każda religia jest bzdurą, wskazując na te wiary, jest jak próba wykazania, że żadna nauka nie działa, przytaczając przykłady pseudonauki. Niestety trzeba szukać innej drogi na udowodnienie, że każda wiara religijna jest bujdą…

3. Bażowcy

Królowa Miedzianej GóryIstnieje jednak jedna religia (sekta?) na świecie, która przyznaje się do tego, że ich wierzenia to bajki. Już tłumaczę… W 1939 roku radziecki badacz folkloru – Paweł Bażow opublikował zbiór opowieści i legend uralskich – „Malachitową szkatułkę.” Jest to kompilacja różnych podań przedstawionych z punktu widzenia współczesnych mu socjalistycznych robotników i wzbogacona leninowską propagandą. Nie ma wątpliwości co do tego, że Bażow mity rearanżował, ubarwiał, a nawet dodawał do nich własne elementy. Są to więc bajki i to bajki znane w całym byłym ZSRR. Podobno nie ma rosyjskiego dziecka, które by nie słyszało o Królowej Miedzianej Góry – jednej z głównych bohaterek opowiadać z „Malachitowej Szkatułki”. Wszystkie ruskie diewoczki i malcziki znają legendarną damę strzegącą bogactw w uralskich górach (tak jak Skrabnik na Śląsku). Czasami pojawia się ona też na rozmaitych uroczystościach podobnie jak Mikołaj na choinkach, a Lajkonik na krakowskim rynku (powyżej Królowa Miedzianej Góry).

A tymczasem w Rosji (głownie na Syberii) żyją ludzie, którzy tą Królową czczą. Pod Jekaterinburgiem mieszkają przedstawiciele sekty „Bazhovtsev”? (Raz, w jakiejś gazecie spotkałem się z określeniem Bażowcy.) Jest to kult czysto pogański. W ramach jednego z obrządków wierni montują kukłę Królowej, składają jej w ofierze jajka i czekają aż tę przerośniętą pacynkę natchnie Duch Pani. Podkreślę, tak na wszelki wypadek, że chodzi o Królową Miedzianej Góry zaczerpnięta z bajek Bażowa (aczkolwiek ci neopoganie w jakiś pokrętny sposób odnoszą się też do Zaratustrianizmu…) Kurwa, dwudziesty pierwszy wiek. To trochę tak jakby ktoś w naszym kraju zacząć czczić śląskiego Skarbnika i ogólnopolską Marzannę. 

4. Shinto

Amaterasu-no-KamiBażowcy to jakaś maleńka sekta działająca na zadupiach byłego Związku Radzieckiego, to niezbyt duży ruch zasilany przez żony górników w zacofanych i odciętych od świata regionach Azji (i trochę Europy). Prymitywna wiara w starych bogów praktykowana w takich miejscach jak Ural dziwi odrobinę mniej niż fakt, że mieszkańcy hipertechnologicznej Japonii, kraju gdzie kible mają mikroczipy, wierzą w przydorożne duszki. Bo właśnie wiarą w przydrożne duszki jest Shinto – jedna z religii narodowych Nipponu. Shinto uwzględnia około 800 000 bóstw i karze swoim wiernym czcić przodków i słońce, ale także drzewa, chmury, węże oraz tygrysy. I ponownie dodam, że to dosyć poważna sprawa, bo jeszcze przed Druga Wojną Światową rząd japoński i Shinto miały podpisany swojego rodzaju konkordat. Jak oni to godzą? Jak można siedzieć fotelu sterowanym niemalże myślami, trzymając w rękach smartphona o mocy obliczeniowej zbliżonej do starych stacji NASA i jednocześnie oddawać się praktykowaniu animistycznego kultu?

Ważną informacją jest fakt, że statystyczny Japończyk wyznaje dwie albo trzy religie na raz. Oprócz Shinto dużą popularnością cieszy się też buddyzm. Zasady życiowe wielu mieszkańców tego kraju czerpie z kolei z konfucjonizmu, który przez jednym uważany jest za nurt filozoficzny, a przez innych za religię bez bogów. Fakt, że shintoistyczne kami (bóstwa) są w stanie koegzystować z buddysjkimi bodhisatvami (bóstwa:) skłania do refleksji, że być może religie politeistyczne są mniejszym złem niż monoteistyczne. W szóstym wieku, kiedy buddyjcy misjonarze przybyli nawracać Japonię nie doszło do żadnej wojny religijnej. Kami grzecznie przywitały się z bodhisatvami, uśmiechnęły się do nich i krzyknęły: „chodźcie, jest dużo miejsca na ołtarzu, posuniemy się, zmieścimy się tutaj wszystkie!” A bóstwa monoteistyczne w analogicznej sytuacji zaczęłyby się dosyć aktywnie naparzać po swoich poświecanych pyszczkach. W Japonii można spokojnie być shintoistą i buddystą, żadna z tych religii cię za to nie wyklnie ani nie spali na stosie.

Zapraszam do poprzedniego posta, w którym jeżdżę po religiach, a także do przedniego wpisu z ciekawostkami.

P.s: Znaczna część podanych przeze mnie informacji znajduje się na Wikipedii. Chciałem jednak sprawić wrażenie, że się nad tym postem napracowałem, dlatego większość linków prowadzi do innych, odrobinę mniej oklepanych źródeł.

Komentarze

Komentarze

8 myśli na temat “Nie wierzę, że oni w to wierzą”

  1. Sorry, na razie przeczytałem tylko pierwszą część, ze względu na mój everlasting love dla Beatlesów.
    Fajnie, że wybrałeś akurat ten kawałek. Ten numer był absolutnie celowo tak szalony, nie-bitelsowski. Paul McCartney przeczytał w 1968 roku w gazecie, że młody zespół The Who nagrał płytę pełną hałasu i chaosu, czyli jak się wyraził recenzent – „Helter skelter”. Paul zaciekawiony przesłuchał płytę i stwierdził: to ma być helter skelter? Ja wam pokażę co to jest prawdziwy helter sklelter! Ten numer napisał używając gitary akustycznej – pierwotnie brzmiało to całkiem delikatnie i rythm’n’bluesowo. Ale potem wyszła płyta „The Beatles” (słynny Biały Album) i od tego czasu niektórzy mówią, że beatlesi wynaleźli heavy metal. Pod koniec Ringo krzyczy: „mam bąble na palcach!”. Podobno o była prawda.

      1. 🙂 tak, to przeczytałem. Ale naprawdę nie wiem, jak pokopany trzeba mieć mózg, żeby wyczytać w tym kawałku cokolwiek religijnego, a tym bardziej nawoływanie do zabijania!

Możliwość komentowania jest wyłączona.