Podsumowanie roku i deklaracja brutalnego podbicia blogowego wszechświata

Rok i mniej więcej dwa miesiące temu koleżanka, a raczej daleka znajoma, działająca w branży PR powiedziała mi, że z moją kreatywnością w ciągu roku prowadzenia bloga spokojnie dojdę do tysiąca odsłon unikalnych dziennie i drobnych zarobków. No i kłamała franca! Znała mnie z jędrzejowskiego ogólniaka, na tle uczniów którego prawdopodobnie prezentowałem się odrobinę lepiej niż w zestawieniu z hiperkreatywnym i turborywalizującym środowiskiem blogerów. A ja podłechtany jej pochlebstwem założyłem bloga i w ciągu roku naprodukowałem prawie sto czterdzieści postów (ten jest sto trzydziesty dziewiąty i publikuję go dokładnie w rocznicę puszczenia w eter pierwszego wpisu). Wejść jak na lekarstwo, bo rzadko mam chociażby sto odsłon dziennie. O pieniądzach nawet nie wspominam, bo musiałem do tego „interesu” symboliczne sumy dołożyć.

Mimo wszystko i całkowicie paradoksalnie jestem tej koleżance wdzięczny. Oficjalnie tu i teraz mówię: „Dziękuję ci bardzo Paulino za wpuszczenie mnie w te maliny. Bawię się świetnie.” Ostatecznie jestem grafomanem i moja literacko-narracyjna chuć w końcu ma regularne ujście. Pomimo, że założyłem bloga z przyczyn czysto pragmatycznych, to prowadzę go całkowicie szczerze i autentycznie (powtórzenie synonimu, masło maślane z masłem, jeden z objawów grafomanii). Klepię wpisy zgodnie z zasadami sztuki blogowej, czyli dlatego, że chcę i mam ochotę. Na szczęście miewam rozmaite „ochoty” i raz piszę posty kontrowersyjne, raz przydatne, a czasem zwyczajnie nijakie.

Tak więc, posty opublikowałem różne. Takie, z których jestem zadowolony. Takie, z których jakby mniej i takie, z których wcale. Są też takie, które napisałem, żeby kogoś wkurwić i takie, które nie wiem po jaką cholerę napisałem.

Otrzymałem też najróżniejsze opinie na temat mojej strony. Było trochę pozytywnych, które miło mnie utwierdziły w przekonaniu o własnej zajebistości. Od momentu wystartowania bloga dostałem tak gdzieś ze cztery pochwalne maile. Jedna koleżanka nawet powiedziała, że jestem jej ulubionym blogerem (niestety zdążyła już tę opinię odszczekać). Jestem przeświadczony o istnieniu negatywnych opinii, natomiast nie usłyszłem ich szczególnie dużo. Myślę, że znaczna część z nich została wygłoszona za moimi plecami. Wiem, że delikatnie mówiąc nie wszystkim przypada do gustu moje pisanie. Sporo razy znalazłem się w sytuacji, w której taki czy inny znajomy mówił mi: „widziałem, że prowadzisz bloga”, a później odwracał wzrok i milkł.

Najbardziej spodobał mi się pewien komentarz z Wykopu. Pod jednym postem, który tam wrzuciłem, w dalszym ciągu można przeczytać: „Dopiero po zajrzeniu w opis autora zorientowałem się, że próbuje być zabawny.”

Po co to piszę? Żeby powiedzieć, że kończę? Nie, skąd. Jeśli odetchnąłeś/łaś z ulgą w nadziei, że na Facebooku już nie będą ci się wyświetlały kolejne informacje o moich wypocinach, to bardzo mi przykro, ale możesz zacząć na nowo się denerwować. Biorę się dwa razy ostrzej do roboty i planuję podbić ten cały blogowy światek (tak, ten też) i w krótkim czasie zostać drugim Kominkiem (albo nawet doprowadzić do sytuacji, w której jego [Sorry kurwa Jego] będą nazywać drugim Eminencją). W końcu w oparciu o wywiady z Tomaszem Tomczykiem potrafię stwierdzić, że jesteśmy do siebie w miarę podobni. Skoro jemu z tym wrednym i olewczym stylem się udało, to mi też może się udać. (A tak naprawdę to szacunek dla człowieka. Lubię czytać Kominka).

A więc od dnia dzisiejszego nowe podejście. Promo, promo i jeszcze raz promo. Zdobywam linki na masę. Dofollow, nofollow, wszystko jedno, byleby ludzie przez nie wchodzili. Katalogi, Pressle, dużo wpisów gościnnych oraz drobne oszustwa. Będą też pewne zmiany w treści. Żadnego pierdolenia i konwenansów. Od dzisiaj piszę, to na co mam ochotę (tak, jeszcze bardziej).

Zacznę od małej restrukturyzacji bloga. Ostrzegam, że dalsza część tego wpisu będzie jeszcze mniej przydatna, więc to jest bardzo dobry moment, żeby wcisnąć zaczarowany „X” w prawym, górnym rogu przeglądarki.

Zmieniam, kasuję i dodaję kategorie. Wywalam kategorię Ścinki. I tak nikt tego nie lubił, a poza tym przeklejanie na bloga śmieci z elektronicznej szuflady to nie jest pisanie. Ketegorie Życie Dziwi, Z trasy oraz Myśleprzenia zamieniam w jedną o nazwie Żyję, więc Myślę. Będzie w niej wszystko co w jej trzech poprzedniczkach, czyli nic konkretnego. Kategorię Inne Takie wymieniam na Zajawki, ale to kosmetyka, bo i tak pisałem tam o ciekawostkach i zajawkach. O komedii i Antyporadniki zostawiam bez zmian. Dokładam też eksperymentalny dział Mios Ideos, w którym będę pisał o swoich pomysłach właściwie na wszystko tudzież co bądź…

P.S: Zdaję sobie sprawę z tego, że w kilku miejscach tego posta napisałem o sobie deprecjonująco. To nie jest objaw braku pewności siebie. Jestem tak pewny siebie, że mogę podważać swoje słowa i rzucać w siebie błotem. Nie zaszkodzi mi to.

Komentarze

Komentarze

4 myśli na temat “Podsumowanie roku i deklaracja brutalnego podbicia blogowego wszechświata”

  1. Gratuluje rocznicy i powodzenia w podbojach 🙂 ps. ja Cię lubię czytać jakby to miało jakikolwiek motywacyjny skutek 😉

  2. mnie też namówiła:) na reklamach nie zarabiam, ale dobrze się bawię, więc nie rezygnuję:) inna sprawa – nie stosuję się do Jej rad i nie promuję nijak, więc nie mogę narzekać:)

    1. Skąd pewność, że to była Twoja siostra? Ale tak, to była ona. Pewnie gdybym założył bloga mając Jej wiedzę, tysiąc wejść dziennie już bym miał.

  3. Po pierwsze- wcale nie odszczekałam nazywania Ciebie „moim ulubionym blogerem”. Po prostu stwierdziłam, że tematycznie poszedłeś w inną stronę, która nie zawsze mnie zaciekawia.
    Po drugie- nie usuwaj ścinek, ja je czytałam!
    Po trzecie – gratulacje, rozwijaj się Biskupie 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.