Gdzie zaczyna się nurt, a kończy plagiat?

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad pewnym dosyć prostym zagadnieniem. A mianowicie, nie rozumiem dlaczego wszyscy stand-uperzy mogą (a nawet muszą) robić to samo. Dlaczego mają przyzwolenie na występowanie według wyjątkowo nieskomplikowanego schematu i nikt nie krzyczy, że robią plagiat. Dlaczego nikt nie komentuje, że przecież to już było, że z małymi wyjątkami, ten konkretny kabareciarz z podgatunku stand-up nie różni się wcale aż tak bardzo od dziesiątków swoich psubratymców.

To samo z kabaretem klasycznym. Jeśli tylko w sposób bezczelny nie zerżnąłeś pomysłu na skecz Ani Mru Mru, ani nie próbujesz na siłę udawać unikalnej i arcy-komicznej wady wymowy Roberta Górskiego, to spokojnie możesz robić to samo co wszyscy. Dziesiątki młodych kabaretów próbują kopiować wylansowany przez media styl – skecz, piosenka, skecz, piosenka, z rzadka monolog.  Nie silą się na wielką innowacyjność w formie. Zwyczajnie robią obyczajowe numerki o tym, że chłop jest leniwy, a babie się nie chce.

O ambitnym, w swoim własnym mniemaniu, nurcie impro już nawet nie wspominam, bo chyba każdy fan/widz zauważył, że wszystkie grupy łupią te same gry. I nawet nie mają żadnych obiekcji przed kopiowaniem ich od siebie nawzajem.

A o co mi chodzi? O fakt, że z reguły nikomu, łącznie ze mną, to nie przeszkadza. Za to, kiedy po raz zobaczyłem kabaret Świerszczychrząszcz…

…pomyślałem: „hej, zaraz, o kurde, przecież to tacy Umbilical Brothers, którzy puszczają sobie dźwięk z minidysku zamiast uczciwie uzyskiwać go z paszczy.”

I oczywiście nie mam na myśli, że polskie Świerszcze są gorsze od australijskich Umbilicali (Pępowców?). Zwyczajnie takie było moje pierwsze skojarzenie. I jestem właściwie pewien, że pojawiło się ono w głowie dziesiątkek innych osób.

Podobnych przykładów można mnożyć wiele. Istniał sobie kiedyś młody kabaret, który miał nazwę kretyńską jak wszystkie inne młode kabarety, a mianowicie A-bzik. Chłopaki dostawali bury od jurorów wszelkich możliwych przeglądów, ponieważ robili skecze oparte na miksach muzycznych, w których na polskiej estradzie specjalizuje się kabaret Dno. I tutaj mam odwrotnie niż ze Świerszczami… Nie uważam, że kabaret Dno robi miksy muzyczne dobrze. Ale nie o jakość ich numerów chodzi, ale o to, że szanowni jurorzy nie czepiali się pozostałych nieopierzonych podmiotów startujących w konkursach. Większość z tych podmiotów wzorowała się i dalej wzoruje na kabarecie Moralnego Niepokoju. Robi skecze, w których dwa przygłupy wychodzą na scenę, by mówić długo i śmiesznie. I to jest legalne. Jeśli próbujesz podrobić coś co kopiują wszyscy, to sobie podrabiaj. Natomiast jeśli w swoich plagiatorskich zapędach sięgasz po coś, co jest rzadsze, to dostaniesz po łapach. A przecież zdawałoby się, że wzorowanie się na numerach o mniej popularnej formie jest minimalnie bardziej zbliżone do kreatywności.

Ciekawi mnie, ilu ludzi musiałoby zacząć robić numery oparte na ruchu z podłożonym pod niego z gardła bądź playbacku dźwiękiem, żeby w naszych głowach zakodowało się, że to nie jest żaden plagiat, ale dajmy na to nurt: „Soundmove”? Jak wiele kabaretów musiałoby robić pseudo-teledyski pod miksy hitów ostatnich lat, żeby publiczność uznała, że to nie jest wcale powtarzalność, ale dajmy na to ruch: „Poptriming”?

Z przyjemnością przeprowadziłbym szeroko zakrojony i ogromnie skomplikowany eksperyment mający na celu sprawdzenie, jak trudno jest wytworzyć nowy nurt w danej dziedzinie sztuki, ale mi się nie chce.

Zapraszam do przeczytania poprzedniego posta z kategorii O komedii.

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Gdzie zaczyna się nurt, a kończy plagiat?”

Możliwość komentowania jest wyłączona.