Jak wzbudzać kontrowersje?

Bardzo dawno temu pewien umiarkowanie daleki znajomy powiedział mi, że aby zrobić karierę w blogosferze muszę konkretnie, merytorycznie i mądrze pisać na jakiś stały temat, albo płodzić teksty kontrowersyjne jak kolczasty chuj samego Szatana penetrujący otoczone aureolą drogi rodne Przenajświętszej Marii Panny.

Usłyszawszy to złapałem się za głowę, bo jest przecież w miarę oczywiste, że chcę, żeby mój blog był sławny, a jednocześnie… A jednocześnie przecież nie ma żadnego tematu, o którym mógłbym pisać merytorycznie a już tym bardziej mądrze. Niestety, rzeczywistą wiedzę posiadam jedynie o zombie oraz amerykańskim komiksie superbohaterskim. Problem polega na tym, że moim celem nie jest przyciągnięcie ludzi, którzy dzielą ze mną zainteresowanie tymi dziedzinami wiedzy. Nie chcę, aby gro moich czytelników stanowiły zasmarkane i jednocześnie śliniące się na myśl o Spidermanie gimbusy.

Stanął więc przede mną prosty wybór. Muszę pisać teksty kontrowersyjne. Muszę razem z Marilynem Mansonem wisieć na krzyżu w przebraniu płodu przebranego za papieża. Muszę razem z Lady Gagą stroić się w kostiumy starych, zbuntowanych pedryli, którzy już pięciokrotnie zmienili płeć. Muszę wreszcie wraz z zespołem Die Antwoord stać się ginekologiem, który wyciąga robale z pipy Lady Gagi.

Och jej, o nie, o la boga, podałem same przykłady ze świata muzyki, a ja przecież chcę pisać i to bynajmniej nie nuty. Dlatego dodam, że muszę razem z Philipem Rothem zjadać włosy łonowe Portnoya, razem z tym patafianem od „Pięćdziesięciu twarzy Greya” poniżać kobiety i razem z Nikosem Kazantzakisem kusić Jezusa jako Szatan.

Wspomnę jeszcze na wszelki wypadek, że na wzbudzaniu kontrowersji znam się równie dobrze, jak na wszystkich innych dziedzinach, o których do tej pory napisałem poradniki. Czyli się nie znam.

Metoda numer jeden: Czyli bądź na nie. Obrażaj wszystko i wszystkich, chuju…

Po pierwsze wybierz wrażliwą grupę społeczną. Po drugie obraź jej uczucia. Zaproponuj powrót do leczenia homoseksualizmu elektrowstrząsami, ryzykując, że w odwecie geje będą w twoim kierunku wyrzucać strużki śliny, co oczywiście grozi zarażeniem hivem albo nawet gejozą samą w sobie. Mów śmiało i otwarcie, że urlop macierzyński jest próbą oszukania pracodawcy, za co wielodzietne matki będą cię próbowały staranować swoimi brzemiennymi brzuszyskami, które tak mocno przywodzą na myśl opasłe kałduny niemieckich golonkożerców. Kpij z bladawej skóry chorych na białaczkę, karą za co będą przerażająco smutne spojrzenia zaropiałych oczu umierających ludzi. Urągaj jednej z grup społecznych, które są odmienne, słabe, chore albo w inny sposób ułomne. Z niewiadomych przyczyn ten sam skutek  daje nabijanie się z Żydów, którzy bynajmniej nie są ułomni, bo przecież, jak wszyscy doskonale wiemy, rządzą światem.

Metoda numer dwa: Religia zawsze działa.

Gdybym był chociaż w najmniejszym stopniu wierzący, gdybym dopuszczał do siebie chociaż cień szansy, że kreacjoniści mogą mieć rację, to powiedziałbym, że bóg stworzył religię po to, żeby ludzie mieli się o co kłócić. Wszystkie religie świata to są takie mrowiska pełne jadowitych mrówek. Wystarczy tylko znaleźć odpowiedni kij, wepchnąć w dziurę i powiercić. Mrówki wylezą i zaczną kąsać. Niestety sztukę wkurwiania religijnych mrówek uskuteczniają od lat rozmaici mądrzejsi i sprytniejsi od ciebie ludzie. Nie wystarczy więc powiedzieć, że wszyscy wierzący to kretyni. Nie wystarczy nawet poinformować, że religia sama w sobie jest rodzajem choroby umysłowej atakującej młode umysły (zrobił to R. Dawkins). Trzeba szukać innowacyjnych metod przypuszczania ataku. Mówić, że bezpłciowe anioły to przecież pierwsi przedstawiciele ruchu gender. Twierdzić, ze wybieranie faszysty na tron papieski jest piękną tradycją naszych czasów, którą tylko na chwilę przerwał komunista – Karol Wojtyła. Bo kto inny, jak nie komuch wyrzekłby się lektyki i organizował msze mające zjednoczyć wszystkich ludzi świata?

Równie skuteczne jest przyjmowanie postawy ekstremalnie konserwatywnej. Chcesz budzić kontrowersje? Znajdź tak ortodoksyjne poglądy, żeby Natanek, Rydzyk i Pawłowicz wyglądali przy tobie jak hiperliberalna komuna hipisowska podająca sobie z ręki do ręki pacyfistycznego jointa. Załóż włosiennicę, proponuj powrót do pielgrzymek biczowników. Razem z wymierającą już niestety sektą skopców nawołuj do kastracji jako jedynego skutecznego sposobu na uwolnienie swojego grzesznego jestestwa od pokus doczesnych. Niechaj przykładem będzie dla ciebie stara, jebnięta baba z filmu: „Co dzień bliżej nieba”. 

Metoda numer trzy: Wybierz złotą drogę środka. Om, om, om….

Nie mam tutaj wcale na myśli podążanie za zaleceniami mędrców buddyzmu zen. Nie chodzi o zajmowanie rozsądnego stanowiska, znalezienie równowagi pomiędzy życiem szczęśliwym a cnotliwym. Ludzie mają skłonność do dzielenia się na dwie strony, na dwie łatwe do rozróżnienia barykady. Stań pomiędzy, rozkrzyżuj ręce i wyprostuj palce, pokazując obydwóm stronnictwom tak zwanego faka. Wkurw jednocześnie wiernych i ateistów, mówiąc, że wierzysz w BOGA, ale jednocześnie uważasz GO za skończonego debila. Poirytuj zarówno gejów jak i homofobów, twierdząc, że jesteś homo i jednocześnie żądając, aby się do ciebie zwracano per: „Tfu, pedał”. Przystąp do tęczowego ruchu krzycząc, że jesteś zdiagnozowanym zboczeńcem i jako jedyny nie wstydzisz się do tego przyznać, a nawet czujesz się z tego powodu dumny. Wreszcie rozgłaszaj wszem i wobec, że jesteś wegetarianinem jednocześnie paradując w futrze. Kiedy ktoś cię rozzłoszczonym głosem zapyta o powody takiego postępowania, możesz powiedzieć, że świnie to twoi przyjaciele, ale norek nie znasz znowu aż tak dobrze.

Metoda numer cztery: Nie wiem, o co mi chodzi, ale na pewno o coś…

Niezmordowanie gadaj głupoty. Przy każdej możliwej okazji zaprzeczaj sam sobie. Podczas wywiadów motaj się w zeznaniach, odmawiaj komentowania swoich poprzednich wypowiedzi i bez żadnego wyraźnego powodu wpadaj w szał. Po więcej uwag odnośnie stosowania tej metody, odsyłam na korepetycję do Janusza Korwina-Mikke, który jest jej niekwestionowanym mistrzem. Raz mówi, że reprezentuje prawicę, innym razem nazywa Piłsudskiego bandytą. Twierdzi, że chce wprowadzić monarchię absolutną, a jednocześnie gada coś o prawie głosu dla mężczyzn.

Drugi wariant tej techniki polega na upartym celebrowaniu lekko absurdalnych czynności i zawziętym odmawianiu odpowiedzi na pytanie: „O co ci, kolego, chodzi?” Czysty, nieskrępowany akt surrealistyczny według koncepcji Andre Bretona. Za jego dzisiejszy przykład i przejaw uważam działania faceta, który parę lat temu w przebraniu motyla przyłączył do pielgrzymki z okazji Bożego Ciała. 

motyl

Metoda numer pięć: Zaskocz. Wykreuj swój wizerunek, a później go zniszcz.

Stań się Konradem Walenrodem własnego życia. Konsekwentnie kreuj jednolity wizerunek. Wytwórz w głowach innych ludzi jasny obraz swojej osoby. A później go zniszcz, spal, skop i jeszcze nasikaj na zgliszcza. Możesz jak Krzysiu Ibisz zrobić z siebie ulubionego konferansjera starych bab i tetryków, a później wyskoczyć z młodą laseczką, nastoletnim lansem i ćpaniem. Możesz jak Doda Elektroda przedstawiać siebie światu jako archetyp plastikowej dupy, a później zacząć sypiać z jebanym księciem ciemności. Możesz wreszcie jak Hubert Urbański przez lata gadać miałkie i nic nieznaczące bzdury, a później w niespodziewanym momencie wyskoczyć z czymś inteligentnym (Hubert na razie jest w pierwszej fazie tej techniki).

Jeśli kogoś w tym poście nie obraziłem, to przepraszam. Poprawię się następnym razem.

Zapraszam do przeczytania kolejnego Antyporadnika.

Komentarze

Komentarze

3 myśli na temat “Jak wzbudzać kontrowersje?”

Możliwość komentowania jest wyłączona.