Ja, copywriter

Ostatnio zacząłem pisać tak zwane preslle oraz tak zwane opisy marketingowe (obydwa opierają się na pieprzeniu bez sensu, ale mają co innego na celu). Zlecenia pozyskuję z jednego z popularnych portali copywriterskich, ale jego nazwy nie podam, bo za klepanie reklamowych tekścików mi płacą, ale za samą reklamę już nie. Płącą… No tak, cośtam płacą. Najbardziej popularna stawka to jedno euro za sto słów. Niekiedy idzie szybko. Bo zdarzają się artykuły, które chlastam w około dziesięć minut, ale na ukończenie większości z nich potrzebuję pół godziny. Więc zawrotna kasa to to nie jest.

Natomiast mocno zadziwia mnie fakt, że podoba mi się klepanie tego gówna. Odkryłem, że pisanie tego skończonego, pozbawionego odkrywczych treści chłamu zacząłem traktować jak grę „literacką”. Powoli pęczniejące na moim koncie eurocenty są tutaj odpowiednikiem punktów. Dlaczego w moim wewnętrznym mniemaniu jest to gra? Dostajesz misję do wypełnienia i to czasami nawet dosyć skomplikowaną. „Napisz tekst reklamujący kaloszki damskie. Zawrzyj w nim następujące frazy: „kaloszki online, super kalosze, wspaniałe kalosze na deszczowe dni, internet kalosze, kolorowe gumowce.” Pamiętaj jednocześnie, że artykuł ma być różnorodny i ciekawy. Ma też zachęcać nasze kochane klientki do kupna tego nadmiernie drogiego kawałka gumy. Przy okazji wspomnij o innych odmianach butów, które sprzedajemy w naszym sklepie, takich jak na przykład espadryle.” I widzicie pierwsza trudność gry polega na tym, że nie mam absolutnie żadnej wiedzy o damskich kaloszkach (o tym podejrzanym czymś na „es” nawet nie wspominając). Drugi problem to fakt, że nowoczesne gumofilce w kwiatki mnie naprawdę mało obchodzą (a espadryle to już w ogóle). Ciężko znaleźć mniej interesującą rzecz na świecie niż jebane kalosze. Właściwie tekst opisujący je, moim zdaniem powinien brzmieć: „Buty na deszcz. Są z gumy, więc nie przemakają. Wszystko.”

Ale smaruję, piszę, ściemniam, ubogacam tandetnymi metaforami, co jest jednym z moich hobby. Piszę, że każda nowoczesna kobieta powinna posiadać w swojej szafie piękne, stylowe gumowce. Ładne buciki z lekkiej gumy spoczywające na dnie kredensu w oczekiwaniu, aż niebo napęcznieje grubą płachtą chmur i zrosi ziemię smutnymi łzami deszczu. Nieprzemakalna powierzchnia tego obuwia ochroni nasze nogi, a zdobiące je kwiatki odgonią smutek, który mógłby się przenieść z aury do naszego serca. I najlepsze jest to, że administratorzy portalu mi owe wypociny akceptują.

Pisząc pressle czuję się trochę jak jeden z moich idoli – Jaroslav Hasek. Ten czeski pisarz nie tylko pisał zabawne książki (literackim lamerom podpowiem, że spłodził na przykład „Przygody dobrego wojaka Szwejka”), ale też tworzył komedię całym swoim życiem. Ciągle lądował w ciupie za kpiny z władzy i policji. Nieskończenie dużą ilość razy wyrzucano go z pracy.

Jedna z jego fuch polegała na pisaniu artykułów dla pisma o zwierzętach. Rozmowę kwalifikacyjną Hasek przeszedł w dosyć specyficzny sposób. Znajomy dalekiego znajomego zapytał go w oberży: „Panie Jaroslavie, słyszałem, że pan dobrze pisze. Czy zna się pan na zwierzętach?” Hasek jednym haustem wypił pół kufla piwa, po czym odpowiedział: „No.” I tak stał się najbardziej kreatywnym dziennikarzem przyrodniczym, jakiego kiedykolwiek nosiła Ziemia. W każdym numerze wymyślał nowy gatunek. Stworzył na przykład wieloryba synobrzyckiego, który jest nie większy od zwykłego dorsza. Ostatecznie wyrzucono go za listowny spór z profesorem biologii. Hasek na łamach pisma udowadniał uczonemu istnienie zmyślonych zwierząt odnosząc się do fikcyjnych dzieł fałszywych francuskich autorytetów.

Muszę się hamować, żeby nie wtrącać aż tak wielkich bzdur, jak pan Jaroslav. Raz już miałem ochotę wprowadzić nieistniejącego projektanta perfum do tekstu o wodzie kolońskiej. Wziąłem zlecenie na jej opis marketingowy, a później się okazało, że materiałach od zleceniodawcy znajduje się tylko zdjęcie produktu. Mimo wszystko powstrzymałem się i nie powołałem do życia holenderskiego zapachologa – Kappiego Hoeninga. Poradziłem sobie inaczej. Bardzo okrężnie napisałem, że ta woda kolońska  pięknie pachnie (sto dwadzieścia słów).

Żarty żartami, ale raczej nikt mi nie uwierzy, że piszę preslle tylko dla jaj. Oczywiście, że nie. Mam świadomość, że w zawodzie  komediowego freelancera na pewno zdarzą mi się bardzo słabe miesiące. I wtedy będą mógł brać więcej zleceń, a marna kasa z klepania artykułów pozycjonujących nagle okaże się zauważalną częścią budżetu.

Komentarze

Komentarze

2 myśli na temat “Ja, copywriter”

  1. Jak opowiadałeś mi o tych presslach, to nie zabrzmiało to ciekawie, ale nawet ten post na blogu potrafisz napisać w taki sposób, że zaczęło mnie to interesować! 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.