Zróbmy sobie język

Jedną z rzeczy, które niewątpliwie bym zrobił, gdybym mógł żyć tysiąc lat lub dłużej, byłoby opracowanie własnego języka. Gdyby tylko moje życie mogło trwać milenia, stworzyłbym własną mowę, zawiłą i pokręconą. Gniewne fuknięcie przez nos i robienie kaczuszki luźnymi polikami miałyby w niej równe prawa z takimi głoskami jak m, j, a, g, e, u czy sz. Formy czasów gramatycznych tworzyłoby się wstawiając między sylaby czasownika dodatkowe litery na wzór starej dziecięcej zabawy udającej szyfrowanie: „Kaczy karokazukamiekacie kao kaco kami kachokadzi?” Dla fanu wprowadziłbym odmianę przez czasy przymiotników. Nie wiem jak ani po co, ale w końcu żyjąc tysiąc lat miałbym dużo czasu na myślenie. Bardzo ciekawi mnie fakt, że na ogromne przedsięwzięcie jakim jest stworzenie odrębnego języka porywają się też ludzie, którzy żyją niespełna sto lat. Istnieje całe społeczeństwo tak zwanych „conlangerów” (constructed language to język sztuczny, w skrócie conlang), którzy zajmują się kreowaniem języków. Niektórzy nawet dostają za to pieniądze.

TolkienAle od początku. Ciężko powiedzieć, kto był pierwszym conlangerem. Na pewno za to do najsławniejszych należy polski Żyd z Białegostoku – Ludwig Zamenhof. W którymś momencie medycznych studiów w Moskwie temu panu ubrdało się, że opracuje własny język. I zrobił to! Stworzył esperanto, którym dzisiaj na całym świecie biegle włada około stu tysięcy dziwaków. Za conlangera można też uznać Tolkiena. Bądź co bądź opracowywał swój aseksualny świat (w LoTR pojawia się pięć kobiet, cztery są piękne, ale żadna sexy) z maniakalną dokładnością. Tolkien był czubkiem, miał skończonego pierdolca i na dodatek wyglądał jak Hitler (zdjęcie powyżej). Wstyd mi, że kiedyś uznawałem go za swojego ulubionego pisarza. Ale nie można mu odmówić tego, że skonstruował w mniejszym lub większym stopniu słownictwo i gramatykę kilkunastu języków. Na mojej prywatnej liście conlangerów historycznych niekwestionowane pierwsze miejsce ma Eliezer Ben-Yehuda. Ponownie Żyd. No i jak tu ich nie lubić? Wprawdzie nie stworzył żadnego języka od podstaw, ale za to jest odpowiedzialny za wskrzeszenie języka hebrajskiego. Przez stulecia Semici porozumiewali się między sobą w jidisz i jemu podobnych językach (na przykład ladino w Hiszpanii), a hebrajski pełnił jedynie rolę liturgiczną. Ben-Yehuda się wziął, odkurzył gramatykę, dopisał brakujące słownictwo (myślę, że opis lokomotywy dokonany za pomocą wyrazów z czasów biblijnych musiałby być dosyć radosny) i nauczył mówić w tym języku własnego syna. Cóż za poświęcenie. Dzisiaj, w dużej mierze za sprawę Ben-Yehudy, hebrajski jest jednym z języków urzędowych państwa Izrael.

Wymieniłem trzech umiarkowanych czubków z misją. Jeden chciał dać światu uniwersalny język. Drugi chciał, żeby świat dał mu spokój i pozwolił pisać swoje pamiętniki w własnoręcznie wymyślonych alfabetach. A trzeci pragnął, żeby dziewiętnastowieczne żydostwo było jeszcze bardziej żydowskie.

Ale oczywiście i dzisiaj żyją conlangerzy. Filmowcom już nie wystarcza budowanie do kolejnych produkcji całych estakad, które zostaną efektownie wypieprzone w powietrze w celu uzyskania jednego interesującego ujęcia. Dzisiaj filmowcy muszą mieć całe sztuczne światy razem z nieistniejącymi językami. Na potrzeby przemysłu filmowego zostały więc powołane do życia język klingoński („Star Trek”), mowa Na’avi (to ci elfo-indianie z niewielką domieszką Smurfa grający główną rolę w filmie „Avatar”) oraz Dokhraki („Gra o Tron”). Do stworzenia ostatniej mowy HBO zatrudniło Davida Petersona, który najwyraźniej jest profesjonalnym językotwórcą. Gdyby komuś bardzo się nudziło, może wejść na stronę Petersa i zamówić kurs dokhraki dla początkujących. (Dzięki czemu oglądając „Grę o Tron” już nie będzie miał problemów ze zrozumieniem, co tam Dokhrakowie warczą do siebie w tle).

Jeśli naprawdę ci zależy na tym, żeby nauczyć się któregoś języka ze światów fantasy/science-fiction to najmądrzejszą ze wszystkich głupich opcji jest wybranie klingońskiego. Ma on w Stanach Zjednoczonych tysiące miłośników, a aż trzydzieści osób na świecie posługuje się nim biegle. Klingoński cieszy się na tyle dużą popularnością, że na stronach sławnego serwisu Youtube można znaleźć wiersze prezentowane w tymże języku**:

Mówiąc o współczesnych językotwórcach nie można zapomnieć o Janie van SteenbergenTen Holender z wyraźnym zamiłowaniem do słowiańszczyzny, opracował język wenedyk. Jest to mowa pochodząca z alternatywnej rzeczywistości (też współtworzonej przez van Steenbergena) III Bethisad. Wenedyk ma za zadanie uwyrazić (a co tam, skoro już mowa o językotwórstwie, to użyję autorskiego słowa) jak wyglądałby język polski gdyby należał do grupy romańskiej (pokręcone nie? zapraszam na stronę wenedyku, może jej zawartość wyjaśni sprawę odrobinę lepiej).

Kolejne przykłady można by mnożyć i mnożyć. W lekko już kultowej grze „Skyrim” pojawia się smocza mowa. W piątej (czy którejśtam) części „Elders Scroll” ten język jest wprawdzie głównie formą magii, ale twórcy wymyślili na tyle dużo słów, że spokojnie można się nim komunikować (kurs podstawowy tutaj). Ciekawostką są też języki wykorzystywane przez niektóre zespoły muzyczne. W wymyślonych językach śpiewają Sigur Ros (hopelandic) oraz Dikanda (dikandyjski). Niestety żadna z grup nie zdecydowała się na opracowanie gramatyki i leksykonów.  Śpiewając w swoich autorskich mowach koncentrują się na brzmieniu i emocjach, czyli de facto bełkoczą bez sensu.

Rozumiem istnienie pojedynczych zapaleńców, którzy siadają aby tworzyć język. Rozumiem Davida Petersona, który doszedł do momentu, w którym jego dziwne hobby zaczęło przynosić dochody. Natomiast mocno niezrozumiały i fascynujący jest dla mnie fakt, że conlanging powoli staje się modny…. Jest już w Polce kilka forów oraz jedno wiki, na których pasjonaci językotwórstwa prezentują swoje dzieła. Zwariowałem. Ludzie wklejają na forum wymyślane przez siebie mowy, inni komentują, doradzają, hejtują (niektórzy wydają się mocno znać na lingwistyce). Na wiki, jak to na wiki współtworzą języki nieistniejących i lekko dziwnych stworzeń zamieszkujących fantastyczne światy. Co więcej ci hobbyści często są kierowani równie pokręconym sposobem myślenia, co ten, który ja przedstawiłem w pierwszym akapicie. Wymyślają nowe przypadki, wprowadzają do języka kategorie słów (chociaż to podobno występuje w chińskim), szukają nowych dźwięków. Społeczeństwo conlangerów wydaje się być jakimś małym peryferium odrobinę tylko większego światka fantastów (tych od fantastyki). Czy będą się w Polsce odbywać zjazdy conlangerów? Być może. Ja na pewno mam nadzieję, że się w to nie wkręcę, bo na tak głupie hobby to już naprawdę nie mam czasu.

A teraz zapraszam do przeczytania posta o grafomanii.

** To tak naprawdę jeszcze nic. Później się dowiedziałem, że w języku klingońskim została napisana cała opera.

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Zróbmy sobie język”

Możliwość komentowania jest wyłączona.