Poligloci i przyciągacze

Niestety parę miesięcy temu w mojej najwyraźniej chorej głowie samoczynnie (no może z małą pomocą Youtuba) zasiała się idea, że nauczę się kilku języków. Gdzieś na dole mojej czaszki zaświtał plan, aby zostać komikiem poliglotą (kiedy powiedziałem to koleżance, zapytała, czy wiem, że poliglota powinien mówić więcej niż dwoma językami). Zacząłem w miarę intensywnie uczyć się węgierskiego i bardzo intensywnie opowiadać, że się uczę. (Coraz więcej ludzi zaraz po wypowiedzeniu „dzień dobry”, zadaje mi pytanie, jak moje postępy w nauce języka naszych bratanków, a ja nawet nie pamiętam, żebym z nimi o tym kiedykolwiek rozmawiał.*) Węgierski to bardzo wysoka góra i wkuwanie jego dziwnych koniugacji oraz końcówek dosyć skutecznie wypleniło ze mnie przekonanie, że mam zdolności językowe. Mimo wszystko uczę się i w ślimaczym tempie robię postępy. Mam świadomość, że poliglota mówi też więcej niż trzema językami i dlatego opracowałem wstępne konspekty dwóch planów rozwoju, pomiędzy którymi w dalszym ciągu nie mogę się zdecydować. Planuję albo uczyć się najdziwniejszych języków świata (hebrajski, irańskich, chiński a na starość język mlaskowy x’hoza [filmik na dole akapitu przedstawia zwięzłe wprowadzenie]) albo posiąść umiejętność płynnego władania wszystkimi językami dawnego imperium Austro-Węgierskiego (obydwa plany są głupie, ale drugi w swojej głupocie ma więcej praktycyzmu, bo kraje dawnego CK mocarstwa leżą blisko Polski).

Nie minął miesiąc i moje życie się zmieniło… Poznałem namacalne dowody na to, że prawo przyciągania zawarte w książce (oraz filmie) „Sekret” jest prawdziwe. Zacząłem napotykać Węgrów i poliglotów. Niespodziewanie okazało się, że można się na nich trafić nawet w środkach komunikacji MPK kierujących się z Olszy do centrum (próbowałem nawiązać konwersację z trójką młodych Węgrów w autobusie linii 152, ale nie udało mi się wyjść poza „dzień dobry” i „do widzenia”). W autobusie 502 kursującym prawie tą samą trasą natknąłem się na dziewczynę, która mówiła po turecku, chorwacku i aktualnie uczyła się koreańskiego. Z kolei w busie jadącym z Krakowa do Katowic siadł przede mną chłopak władający włoskim, arabskim, rosyjskim, ormiańskim i bułgarskim. Ewidentnie podświadomie wizualizowałem sobie Madziarów i wielojęzykowców. Zdecydowanie przyciągnąłem ich siłą swojego umysłu (aczkolwiek w swoje wizualizacje musiałem też omyłkowo wplatać autobusy). Zrozumiałem, że siłą pragnień można zakrzywić rzeczywistość i udałem się do najbliższego sklepu, aby kupić monidło przedstawiające wszystkich piewców „prawa przyciągania” jako świętych.

A przynajmniej tak by się stało, gdybym był niedorozwinięty. Nie ma żadnego prawa przyciągania ani innych magicznych sztuczek. Wszystko to są brednie wyssane z palca naćpanego mongoloida.  Tak naprawdę zrozumiałem za to jak są preparowane dowody na działanie tak zwanego „sekretu”. Ludzie sobie wmawiają, że przyciągają rzeczy i zdarzenia siłą umysłu, a tak naprawdę zwyczajnie zaczynają je zauważać. Można się tutaj odnieść do teorii Edwarda de Bono opisującej „wyczulanie” umysłu („sensitizing” – przekombinowana, ale jednak naukowa hipoteza opisująca bardzo proste zjawisko zwracania większej uwagi na to, co nas interesuje) albo do badań Richarda Wisemana nad szczęściem (nie błogostanem ale fuksem). Wiseman, który jest jednocześnie socjologiem i iluzjonistą (oraz autorem bardzo dobrej książki „Quirkology”) podczas kilku eksperymentów** próbował się przekonać, co sprawia, że część ludzi jest szczęściarzami a część pechowcami. Okazało się, że w czepku urodzeni to zwyczajnie ci delikwenci, którzy więcej i uważniej się rozglądają wokół siebie (i dlatego znajdują drobne na ulicy). Od kiedy zacząłem się intensywnie interesować węgierskim i poliglotami, mam na nich bardziej wyczulone zmysły, chcę ich znaleźć i dlatego znajduję. Tak samo ludzie, którzy wmawiają sobie, że magicznie przyciągają nową pracę, zwyczajnie bardziej przykładają się do jej szukania. I to jest cały sekret. Choćbyś się miał sfajdać z wysiłku, niczego nie przyciągniesz myślami. Istnieje tylko jedna rzecz, którą możesz kontrolować falami mózgowymi i jest nią twoje ciało.  W związku z powyższym drogi  łatwowierco, zwizualizuj sobie, że ruszasz dupę do roboty.

*Jest to przy okazji bardzo dobra forma motywacji. Będę się uczył chociażby z samego lęku przed przyznaniem się, że miałem zamiar, ale mi nie idzie.

**Jeden z eksperymentów Wisemana wyglądał następująco: Wyselekcjonował dwie grupy – pierwsza składała się z ludzi uważanych za szczęśliwców, druga z notorycznych pechowców. Wszystkim uczestnikom eksperymentu dał koperty i kazał policzyć znajdujące się w środku zdjęcia. Jedna z fotografii zawierała informacje o bardzo łatwej możliwości wygrania pieniędzy. „Szczęśliwcy” dostrzegali okazję, a „pechowcy” po prostu liczyli zdjęcia.

Ponieważ „prawo przyciągania” jest zjawiskiem parareligijnym, odsyłam do poprzedniego posta, w którym najeżdżam na religię. 

 

Komentarze

Komentarze

6 myśli na temat “Poligloci i przyciągacze”

  1. Widziałem film Sekret niedawno. Niesamowite jak przez półtorej godziny potrafią gadać o jednym i tym samym… w ciekawy sposób. Czy „Sekret” działa? Nie wiem. Nigdy nie szukałem magicznych właściwości woli umysłu. Wiem za to, że ciężką pracą można osiągnąć wszystko. I że pojęcie talentu nie istnieje 🙂 Możemy mieć jedynie odrobinę więcej szczęścia od innych ludzi. Urodzić się w lepszej dzielnicy, spotkać odpowiednią osobę, która nas zainspiruje w życiu, obejrzeć odpowiedni film w odpowiednim okresie życia, który popchnąłby nas do jego zmiany. Ot taki przykład: https://www.youtube.com/watch?v=SNlJVj6xaCQ
    ‚Sekret’ to byli aktorzy i ludzie sprzedający pozytywne słowa, znani w całych Stanach Zjednoczonych. Steve był kimś, kto naprawdę coś zmienił. Jego film może być zdecydowanie lepszym motywatorem. Powodzenia w nauce węgierskiego! 🙂

    1. Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł wygłosić podobną mowę jak Steve na Politechnice Krakowskiej:) Postaram się stać jej sławnym drop-outem.

    1. Stand-up po angielsku planuję robić, naturalnie na początek w Polsce, ale głównie z myślą o wyjechaniu z tym towarem poza jej granice i połączeniu pracy, która i tak jest moją pasją z drugą pasją, jaką jest podróżowanie. Może się uda. Eddiego obejrzę kiedy indziej i zamieszczę kolejny komentarz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.