Moje luki w biografii

Byłem kreślarzem. Przez jakieś póltora roku dorywczo i z rzadka rysowałem elewacje budowlane, które to zadania zlecał mi mój szwagier. Później przez kwartał kreśliłem holenderskie meble w holenderskiej fabryce mebli wybudowanej pod Krakowem. Niestety po trzech miesiącach pracodawca swoim wprawnym okiem ocenił, że tak naprawdę nie rysuję, ale czytam życiorysy pisarzy na Wikipedii. Zdecydował się nie płacić mi dłużej za uzupełnianie mojej własnej, osobistej wiedzy literackiej i mnie zwolnił, czego zresztą wcale nie mam mu za złe, bo stawianie kresek i numerków to naprawdę denna robota. (Oczywiście nie projektowałem mebli. Byłem kreślarzem wykonawczym.) Oprócz dużej ilości informacji o mało znanych autorach w tej pracy wspaniale zgłębiłem też leksykalne znaczenie takich słów i wyrażeń jak wyzysk*, nuda oraz bezgraniczna głupota. (Szef, któż by inny. Był tak wielkim, galopującym imbecylem, że w ciągu pięciu lat intensywnych kursów, za które płaciła mu firma, nie zdołał nauczyć się przedstawiać po angielsku.)

Zaraz po radosnym wyleceniu z fabryki i wypłukaniu z gardła pyłu drzewnego za pomocą hurtowej ilości piwa, podjąłem pracę jako kelner. Byłem fatalny i pewny, że tym razem moje zwolnienie będzie kwestią tygodni. Okazało się jednak, że skrajny brak gotówki nawet tak kompletnego lenia i niezdarę jak ja (żadnym z tych stworzeń już nie jestem) może zmusić do nauki. Nauczyłem się nosić hurtowe ilości talerzy (tzn. pięć na raz bez tacy), uskuteczniać z nimi slalom pomiędzy stolikami i wmawiać klientom, że ta potrawa naprawdę pochodzi z pieca konwekcyjnego, nad którego pracą czuwał kulinarny ekspert, a nie z chamskiej mikrofalówki przy której czatuje zwykła baba w burej podomce. Na początku pracowałem w restauracji meksykańskiej, po której poginałem w czarnym fartuchu i kretyńskiej kamizelce z frędzlami. Pewnie to właśnie narzucony mi przez okoliczności strój pajaca, zaszczepił w mojej głowie myśl, aby założyć kabaret. Założyłem Totakąpokrakę, zacząłem jeździć na przeglądy, jednocześnie dalej biegając pomiędzy stolikami z wymuszonym uśmiechem i fałszywym „smacznego”, które tak naprawdę znaczyło „udław się tym burito z mikrofalówki ty spasiona świnio.” Na początku mnie nie zwalniano, bo menadżerka darzyła moją osobę sympatią odrobinę zbyt dużą jak na starszą o dziesięć lat rozwódkę. Później w tajemniczy dla mnie samego sposób stałem się dobrym kelnerem i zostałem w zawodzie na osiem lat. Nawet kiedy bez płaczu porzucałem to zajęcie, menadżerka zupełnie innej knajpy, powiedziała pozostałym pracownikom, żeby brali przykład z Tomasza, bo jak pracował to dobrze, a jak mu się znudziło, to odszedł.

Aktualnie z mniej lub bardziej imponującymi osiągami finansowymi utrzymuję się z kabaretu i zdecydowanie zbyt często o tym mówię i piszę. Jeśli już zdarzy mi się spotkać jakiegoś znajomego, z którym dawno się nie widziałem, na jego „co słychać?” odpowiadam całą litanią osiągnięć. Przedstawiam mu listę występów z ostatnich trzech miesięcy ze szczególnym uwzględnieniem tych istotnych (w rodzaju suport Moralnego Niepokoju), a następnie prezentuję przez przypadek trzymane w kieszeni potwierdzenia przyjęcia bajońskich honorariów (o tych mniej bajońskich, w rodzaju „minus osiemdziesiąt złotych”, oczywiście nie wspominam). Regularnie wychodzę na bufona, ale to pewnie dlatego, że jestem bufonem. Co zrobić… Wszyscy, którzy w tym zawodzie do czegoś doszli, kwalifikują się jako bufony, więc pewnie tak trzeba.

Od niedawna zdarza mi się też dorabiać jako copywriter. I pewnie nieliczne osoby, które zrozumiały to słowo, pomyślały, że opracowuję koncepcje kampanii reklamowych. Dupa tam. Piszę pressle i opisy produktów. Szukasz smoczka dla dziecka, wózka widłowego, usług geodety? Te miałkie i nie mówiące całkowicie nic opisy na stronach sklepów internetowych to właśnie moje dzieła. Jeśli też chcesz je pisać, możesz kliknąć w link dwa centymetry w górę po prawej. Zaprowadzi cię on do strony Giełda Tekstów. Oczywiście jest to link programu partnerskiego, więc każdy kto się przez niego zarejestruje, zostanie moim murzynem (pięć procent z każdego sprzedanego tekstu dla mnie). Zachęcam, jestem wyjątkowo łagodnym plantatorem bawełny.

Parę zawodów w życiu miałem**, większość z nich dziwnym zbiegiem okoliczności zaczyna się na „k”. Ale to wszystko mało… Naprawdę jestem bufonem i wierzę, że kiedyś będę sławny. Mam przeświadczenie, że kiedyś ktoś zwęszy dosyć gruby pieniądz w pisaniu mojej biografii. Muszę temu komuś pomóc i sprawić, aby miał interesujący materiał. Żeby nie musiał pocić się i doszukiwać ciekawostek, jak na przykład biograf Barei. Życiorys tego reżysera jest w diabła gruby i w diabła nudny. Urodził się, przeżył spokojnie wojnę, poszedł do szkoły, zaczął kręcić kultowe filmy. Nuda. Zauważcie, że ciekawie czyta się te biografie, których główny bohater fika dużo życiowych koziołków. Edgar Allan Poe przez jakiś czas utrzymywał się ze sprzedaży jabłek. Gerrard Depardieu uciekł z domu i został bokserem, a dopiero później przyłączył się do wędrownej trupy aktorów. Podobnie Benigni. Rodzice oddali go na wychowanie do zakonu, ale spieprzył podczas powodzi i wstąpił się do cyrku. Chevy Chase był kelnerem, kierowcą ciężarówki, taksówkarzem, domokrążcą, menadżerem supermarketu i cieciem w teatrze.

Rozumiecie o co mi chodzi? Pomimo, że moje życie nie należy do nijakich, to jednak wydaje mi się ono zbyt mało porywające, aby dało się z niego wykrzesać interesującą biografię. Kreślarz, kelner, kabareciarz, copywriter to w dalszym ciągu zbyt mało. Muszę się zaciągnąć jako korespondent na jakąś wojnę albo iść do więzienia albo coś…

*Oczywiście wyzysk nie dotyczył mnie bezpośrednio, bo ja w pracy czytałem. Wyzyskiwano za to moich kolegów, a ja byłem swojego rodzaju mścicielem.

**Tak właściwie to pracowałem jeszcze przy montażu specjalistycznej aparatury medycznej. Raz. Przez trzy dni. Tak kiepsko podawałem narzędzia, że własny wujek mnie więcej nie wziął do pracy.

Komentarze

Komentarze

3 myśli na temat “Moje luki w biografii”

  1. Chevy Chase. Pamiętam go głównie z filmów puszczanych na TVNie. Na pewno wiesz o jakie mi chodzi 🙂 Reszty filmów w jego roli w ogóle nie pamiętam, ale gdy pojawił się w Community, w ogóle go nie poznałem. Dopiero jakoś później, ktoś o nim wspomniał na jakimś forum. Byłem przekonany, że jest to po prostu jakiś dziadek wzięty z łapanki 😀

    1. wydaje mi się że calkiem niezle wychodzi mi pisanie zyczeń wszelkiej masci. Na takie pisanie tez jest zapotrzebowanie?

      1. Nie sądzę. W każdym razie ja się nie spotkałem. Aczkolwiek kartki z gotowymi życzeniami ktoś musi pisać. Zapotrzebowanie jest na opisy produktów i teksty pod pozycjonowanie. Próbuj:)

Możliwość komentowania jest wyłączona.