Placek z podróżnika

mostar

Lubię robić z siebie podróżnika. Lubię opowiadać o swoich najprostszych, najbardziej zwyczajnych wycieczkach, tak jakby były mrożącymi krew w żyłach wyprawami na koniec świata *. Niestety łapię się na tym, że przedstawiam zwykły wypad po piwo na Słowację jakby był dzikim rajdem po Ziemi Ognistej zorganizowanym w celu odnalezienia zagrożonego wyginięciem gatunku morsów (czy tam żyją morsy, hmm….) Leję wodę, ściemniam i oczywiście wyolbrzymiam.

Oczywiście często sam w te swoje dyrdymały wierzę. Dlatego właśnie jadąc dziesięć dni temu do Czarnogóry wyobrażałem sobie, że przeżyję przygodę. Mój mózg, któremu lata temu solidne kuku zrobili Karol Maj i Coorwood ze swoim „Barrym, synem Białej Wilczycy”, podpowiadał mi niestworzone obrazy. Wyobraźnia rzucała mi na siatkówki rozkoszne wizje odkrywania nowych lądów i zawierania niesamowitych znajomości. Wizualizowałem sobie, że nie wiem kurwa, odkryję w Чрьна́ Гора́  jakieś nowe, bo jeszcze nie zbadane ruiny budynków z czasów Cesarstwa Rzymskiego (resztek starorzymskich domostw, studni, obór i komódek jest tam całkiem sporo). Byłem przekonany, że któregoś dnia wejdę strudzony do przydrożnego baru gdzieś na szczycie góry i urżnę się w trupa z ośniedziałymi i całkowicie lokalnymi rybakami, a następnie wcięty rakiją popłynę z nimi w rejs kutrem łowić kalmary.

Niestety za przygodę starczyła mi podróż, to jest dojazd… Zdecydowaliśmy się jechać blablacarem, czyli polską odmianą carpoolingu. Jest to forma przemieszczania się niezwykle tania, za to przy dalszych dystansach odrobinę pracochłonna. Okazuje się, że ludzie poszukujący pasażerów na długą drogę, mają wyjątkowo dużą tendencje do szycia, kręcenia i zmieniania zdania. Nasze potencjalne transporty tyle razy wystawiły nas do wiatru, że nawet planowaliśmy olać Montenegro i jechać do Rumunii.  Ostatecznie jednak znaleźliśmy Mirka, który jechał do Splitu, czyli mniej więcej tam, gdzie chcieliśmy, w terminie mniej więcej nam pasującym. Mirek pragnął wyruszyć ze swojej rodzinnej miejscowości o szóstej rano, a niestety pochodzi z Biecza. Nie słyszeliście? Niemożliwe! Okazało się, że z Krakowa do Biecza nijak nie da się dostać przed godziną szóstą. Dlatego pojechaliśmy tam dzień wcześniej, a naszym pierwszym noclegiem podczas szalonej wyprawy na Bałkany było Schronisko Młodzieżowe (na co dzień internat dla trudnej młodzieży) właśnie w Bieczu. Mirek, ciekawy gość. Mechanik, ale w miarę oczytany (nie tylko w książkach serwisowych). Jechał ze swoim sześcioletnim synem, co ciekawe też Mirkiem. Klął na potęgę, nie przejmując się obecnością „młodego” i bez większego skrępowania opowiadał, karząc potomkowi zatykać uszy, jak to z wujkami i szwagrami ładował koks. Jasno i głośno informował, że jedzie do Chorwacji rozpierdalać hajs. Dopiero później okazało się, że w swoim przestronnym bagażniku posiada namiot, żeby nie płacić za nocleg, kuchenkę spirytusową, żeby nie wydawać na jedzenie w knajpach i paletki do badmingtona, żeby nie bulić za rozrywkę.

Mirek wysadził nas w Dugopolju na przedmieściach Splitu i z piskiem opon pojechał na osławioną Riwierę Makarską rozpierdalać hajs, ale z umiarem. Dwudziesta druga, magazyny na obrzeżach chorwackiej wioski. Ironicznie przejechaliśmy z Biecza, czyli zadupia polskiego, na zadupie całkowicie bałkańskie. Autobus podmiejski miał być, oczywiście nie ma. Pierwszy fuckout. Na szczęście kierowca lokalnej ciężarówki, który pod wyżej wymienionymi magazynami ładował na pakę meble, zadeklarował, że nas zabierze. Dobra nasza. Podwiózł nas pod sam dworzec autobusowy w Splicie, skąd miał odjeżdżać autokar bezpośredni do już czarnogórskiego Petrovaca. No właśnie… Fuckout drugi. Niektórzy pewnie się domyślili. Autobus widniał w internecie, natomiast w Chorwacji nikt o nim nie słyszał. Zjedliśmy więc po niewiarygodnie tłustej i słonej drożdżowce zwanej burkiem i wsiedliśmy w autobus do Dubrovnika. Piękne miasto, zwłaszcza nad ranem. Wyjątkowe (pod warunkiem, że jeszcze nie widziałeś inny miast na wschodzie Bałkanów). Kupiliśmy bilet na autobus do Petrovaca, poszliśmy zwiedzać. Kiedy wróciliśmy autobus już stał. I tutaj fuckout trzeci. Ta sama linia, ta sama godzina, natomiast w międzyczasie okazało się, że kierowca zmienił zdanie i postanowił jednak nie jechać do Petrovaca. Co ciekawe pan prowadzący poinformował nas o tym lakonicznym ruchem głowy, po czym się odwrócił i poszedł odmawiać wywiązania się ze swojego obowiązku innym ludziom. Po intensywnym zbieraniu informacji okazało się, że autobus jedzie do Budvy (czyli niedaleko). Burdel na kółkach – nie dość, że został zmieniony cel przejazdu, to jeszcze na autobus sprzedano dwukrotnie więcej biletów niż posiadał on miejsc. Kierowcy nie wpuszczają pasażerów, którzy już wykupili miejscówki (głównie zagranicznych turystów), nikt nie udziela żadnych informacji. Na szczęście wpadłem w furię, zacząłem się drzeć i nam akurat udało się śmiałą szarżą wejść do wyżej wymienionego środka lokomocji. W Budvie jeszcze tylko kolejny autobus do Petrovaca i już byliśmy w domu, czyli na naprawdę rewelacyjnym Campie Maslina. Za podwójnie opłacony bilet na ostatnim odcinku drogi oczywiście nikt nam nie zwrócił. Podobno tak działa jugosławiański system…

Wszystko to trwało prawie czterdzieści osiem godzin. Dojazd zaspokoił mój głód przygód, aż do pierwszych objawów mdłości. Kiedy tylko rozbiłem namiot, padłem i prawie pięć dni leżałem plackiem na kamienistej plaży, naturalnie regularnie przerywając sjesty pławieniem się w jadranskim morju. Cieszę się, że zobaczyłem Czarnogórę. Naprawdę się cieszę. Konkretnie gruntownie zapoznałem się z widokiem jednej zatoczki, która rozpościerała się przed naszą plażą. Było gorąco, było ładnie, morze świetne, tylko fale jakby mniejsze niż u nas. Niestety ze względu na lenistwo wyjazd odrobinę przypominał normalny wypad nad Bałtyk. Do różnic należy zaliczyć to, że nad moim namiotem nie wisiały przegniłe czereśnie, ale gnijące granaty i że dzieci na czarnogórskiej plaży nie budują ulotnych zamków z piasku, ale całkiem solidne fortece z kamieni.

Podczas tego wyjazdu nie zdarzyło się nic naprawdę emocjonującego, ale i ta wiem, że mój mózg odczeka jakiś tydzień i zacznie go ubarwiać w niesamowite szczegóły i zdarzenia, aby utrzymać moją wewnętrzną opinię podróżnika.

Co ciekawe mój blog zamienia się w dziennik podróżniczy średnio raz do roku. Zapraszam do przeczytania posta z lipca 2013.

*Raz zdarzyła mi się prawdziwa, pełna przygód wyprawa podróżnicza. Stopniowo zbieram się, aby ją opisać.

Komentarze

Komentarze

3 myśli na temat “Placek z podróżnika”

  1. Hej! ( to ” hej” , bom właśnie wróciła z Tatr!) 😉
    Ponieważ czasem zaglądam na Twój blog i niektóre Twoje teksty naprawdę podobają mi się( no dobra, wszystkie są znośne:) ) a także dlatego, że jestem złośliwa ( kolejność dowolna;)) postanowiłam wyróżnić to urocze miejsce nagrodą Liebster Blog Award .
    Takie tam bzdury, zabawa w sieci, jak chcesz, baw się z nami!
    Szczegóły u mnie:

    http://angiewitch.wordpress.com/2014/08/19/liebster-blog-award/

Możliwość komentowania jest wyłączona.