Dlaczego tłumaczenie tekstów komediowych jest takie trudne?

Podczas moich studiów dziennikarskich, które trwały całe pół roku, poznałem jednego wykładowcę równie wartościowego co kontrowersyjnego. Doktor Płaneta (Planeta, ale z „Ł”) interesował się wszystkim. Był (i pewnie dalej jest) pasjonatem socjologii, fotografii prasowej a także komiksów amerykańskich i brytyjskich seriali komediowych. Jednocześnie okazywał głęboką i nieskrywaną pogardę wobec ludzi, którzy nie odczuwali jego niepohamowanego głodu wiedzy. Poglądy dra Płanety momentami wręcz kwalifikowały się jako intelektualny nazizm.

Pewnego pięknego niedzielnego poranka (studiowałem zaocznie) doktor zdryfował z głównego tematu wykładu na kwestię lektorów nawijających w polskiej telewizji. Zawzięcie perorował, że absolutnie wszystko, każdy program, film i serial powinien być wyświetlany z napisami. Z postulatem się zgadzam, z argumentacją za nim stojącą już nie do końca. Doktor Płaneta twierdził, że zastąpienie lektora napisami pozwoli przeciętnemu polskiemu robotnikowi docenić piękno angielskich gier językowych (jedynie parafrazuję jego słowa…). Jako przykład podał żart z brytyjskiego serialu „Keeping Up Appearances” („Co ludzie powiedzą?”) Bohaterka produkcji to średniozamożna obywatelka z arystokratycznymi ambicjami. Pechowym zrządzeniem losu samozwańcza dama nosi nazwisko Wiadro (po angielsku Bucket). Aby podtrzymać swój wizerunek członkini elit, twierdzi, że rodowe miano pochodzi od francuskiego bouquet i tak też każe je wymawiać. W polskiej wersji serialu z owej głównej bohaterki zrobiono Panią Bukietową. Z niezłego dowcipu (który w serialu powraca bardzo dużo razy) pozostało jedynie nawiązanie do nie wiadomo czego…

Kiedy zwróciliśmy doktorowi uwagę, że nie każdy ma obowiązek mówić po angielsku i że ludzie oglądają komedie dla przyjemności, odparł, trochę z czapy, że wszyscy powinni uczyć się mowy Shzekspira i koniec. Nie podzielam jego lekko ortodoksyjnych poglądów, ale zgadzam się z tym, że teksty komediowe po przetłumaczeniu bardzo dużo tracą.

Homonimy i homofony to, jak sobie wyobrażam, dwie największe hałdy gruzu jakie może napotkać na swojej drodze tłumacz biorący się za dzieła humorystyczne. Z tego co się orientuję żarty oparte na dwuznaczności słowa występują w bardzo wielu językach (aczkolwiek w zależności od cech charakterystycznych danej mowy, inna może być częstotliwość ich pojawiania się). No i co tu teraz zrobić? Jak ominąć fakt, że po angielsku lek jest narkotykiem (drug)? Jak poradzić sobie z tym, że w niemieckim kwiatek może być jednocześnie pianką na piwie albo ogonem zająca (die Blume)? Jak wreszcie w języku rosyjskim uniknąć pomyłki prowadzącej do zastrzelenia wroga z cebuli (лук – łuk, oznacza zarówno broń jak i warzywo)? Im dalej w las, tym wyrazy bliskobrzmiące są bardziej popieprzone. Po węgiersku słowo „palec u ręki” wymawia się prawie tak samo jak przymiotnik „nowy” (przy okazji zapraszam na bloga lekko dziwnej Węgierki, która rysuje tylko palce).

uj_maguar

Większość tłumaczy, jeśli tylko jest to możliwe, próbuje zastąpić zagraniczną zbieżność brzmieniową homonimem polskim. Z reguły nie wychodzi to najlepiej… Bo wyjść też nie ma prawa. Jeśli oryginalny tekst/scenariusz jest napisany tylko trochę lepiej niż fatalnie, to zawarte w nim żarty są osadzone w kontekście. Wstawianie w kontekst niezawartych w nim gier słownych to zabieg cokolwiek siłowy.

Jak się okazuje tłumaczom sprawiają problemy nie tylko gry językowe. Zaobserwowałem pewne zjawisko odnoszące się zwłaszcza do produkcji brytyjskich. Po przełożeniu angielskich dialogów na język polski nagle okazuje się, że każdy Brit na co dzień używa wyrażeń takich jak „o, choroba” (bloody) i „facio” (chap), a kiedy chce komuś zagrozić, mówi, że „przefastryguje mu buźkę”. To ostatnie zdanie pochodzi z tłumaczenia „Latającego Cyrku Monty Pythona” i w oryginale brzmiało: „I will slit your face”. Sprawdziłem. Fastrygowanie to prowizoryczne łączenie tkanin za pomocą rzadkiego ściegu, a słowo „slit” jednak oznacza tutaj cięcie. Pomimo, że Tomasz Beksińskie tłumacząc Pytonów odwalił kawał dobrej roboty, to jednak zdanie to po przełożeniu posiada znaczenie niemal idealnie przeciwne do oryginału. No i po co to kombinowanie? Czy jednak angielska babina ze skeczu z masłem o smaku martwego kraba nie mogła zagrozić, że potnie reporterowi twarz? Musiała ją fastrygować?

Treść tłumaczenia chyba jednak nigdzie nie odbiega tak mocno od oryginału jak w trójwymiarowych filmach Pixaru (i innych wytwórni). Polskie dialogi są do nich pisane właściwie od nowa, głównie przez Marcina Wierzbiętę. Podczas tego przekładu niemal cały kontekst i odniesienia kulturowe idą się czesać. Najsławniejszy przykład to zastąpienie Muffin Mana Żwirkiem i Muchomorkiem. W pierwszej części Shreka torturowany Ciastek jako swój kontakt podaje dwóch krasnali z czeskiej bajki. W oryginale zdradza namiary właśnie na Muffin Mana. I tutaj częściowo udziela mi się faszyzm doktora Płanety (mam nadzieję, że już profesora). Gówno mnie obchodzi, że przeciętny widz nie wie, kto to jest Muffin Man! Gówno mnie również obchodzi, że w związku z brakiem kontekstu nie zrozumie żartu (i prawdopodobnie stwierdza, że żart był gówniany)! Też nie wiedziałem! Też nie słyszałem o Muffin Manie. Ale zwyczajnie przerwałem oglądanie filmu, wszedłem na Wikipedię, sprawdziłem sobie, włączyłem i dopiero wtedy śmiałem się do rozpuku z żartów o tej popularnej postaci z angielskiej rymowanki dla dzieci (Wiem, że nursery rhyme brzmi lepiej).

Podobno zabieg pisania dialogów od nowa pod dubbing jest wyjątkowo popularny w Niemczech. Nosi on tam miano Schnoddersynchron i stosuje się go właściwie do wszystkiego, bo u Szwabów wszystko jest dubbingowane. Podobno też zdarzały się przypadki napisania niemieckich dialogów lepszych od oryginału. Dzięki temu kilka średnio-popularnych na świecie seriali komediowych świeciło triumfy w Niemczech.

Dlaczego jestem przeciwny niemieckim metodom zastosowanym podczas tłumaczenia wszystkich części Shreka? Bo to już właściwie nie jest przekład, tylko pisanie na motywach, czyli zabieg dosyć pokrętny. To po pierwsze… A po drugie ten tryb postępowania jest najprostszą drogą do sytuacji, w której oglądając film zamiast góra Rashmore usłyszymy Giewont, a zamiast Walt Whitman – Słonimski. Natomiast, zgodnie z tym trybem rozumowania, zdanie „President Clinton was driving from San Francisco to Chicago in his Cadillac*” może zostać przełożone jako: „Prezydent Wałęsa jechał z Koluszek do Pcimia swoim Polonezem Coupe.”

Z drugiej strony patrząc, bo zawsze musi być jakaś druga strona, to jeszcze kiedyś bym obejrzał jakaś sztukę Szekspira (tak, tak, zebrało mi się na intelektualne pozerstwo). I tutaj mam świadomość, że nie da się żadnej z nich przetłumaczyć nie zmieniając jednocześnie zaśniedziałych, szesnastowiecznych kontekstów, a oryginału za skarby świata nie zrozumiem… (Chociaż dr. Płaneta pewnie kazałby mi się uczyć staroangielszczyzny…)

Zapraszam do przeczytania tekstu o klaunach.

* Pomimo, że to zdanie jest niewiarygodnie proste, mam wątpliwości, czy napisałem je poprawnie. Mimo wszystko, nie chce mi się dzwonić do siostry, która jest zawodowym tłumaczem i zawracać jej głowy sprawdzaniem. Zostawiam zdanie w tej formie. Śmiało! Tłumacze i angliści, możecie mnie ukarać za moje wymądrzanie się.

Komentarze

Komentarze

7 myśli na temat “Dlaczego tłumaczenie tekstów komediowych jest takie trudne?”

  1. Towarzyszu Eminencjo!

    Prawda – jak zwykle – leży po środku. Jak mawiają starzy górale o tłumaczeniach: „są jak kobiety bo wierne nie sa piękne a piękne nie są wierne” ;). Monty Python (baczność!) jest klasą samą w sobie którą albo się z miejsca kocha albo nienawidzi (nie spotkałem reakcji pośrednich), niemniej jednak wiele skeczów w dosłownym tłumaczeniu byłoby niezrozumiałych i/lub nieśmiesznych. Co można było zaobserwować w wydanym kilka lat temu w Polsce 2-częściowym zbiorze scenariuszy. Zapomniałem nazwiska tłumaczki, ale pamiętam, że po pierwszym przeczytaniu mnie osłabiło, jakie to ch…we. A tłumaczenie było dość wierne, sprawdzałem (http://www.ibras.dk/montypython/justthewords.htm). Ś.p. T. Beksiński w kluczowych miejscach wypier…ał zwykle cały fragment i wstawiał to co mu się w zwichrowanym rozumie potworzyło :P, z niezłym zresztą efektem. Wniosek? Hmmm no właściwie taki, że należy – przynajmniej w tym konkretnym przypadku – nacieszyć się „pięknym ale nie wiernym” tłumaczeniem na nasze a potem naumieć się angola i zapoznać z oryginałem i też mieć niezłą bekę tylko trochę inaczej 🙂 (metoda sprawdza się również przy piosenkach „Weird Ala” Yankovica). Byle bez przymusu, nic na siłę tylko młotkiem.

    P.S.: Pamiętam „Co ludzie powiedzą” z TV regionalnej. Zawsze miałem z tego niezłą polewkę, do czasu aż nie pojechałem do Anglii za pracą i nie przekonałem się, że Angole dokładnie tacy są (przynajmniej ci z małych miasteczek) :D. Do dziś się nie pozbierałem po tym, jak pierwszy raz zobaczyłem kibel z porcelany Royal Dulton i z miejsca przypomniały mi się „ahystokhatyczne” filiżanki pani Bukietowej (z ręcznie malowanymi wrąbkami sama królowa z takich pije :)). Da się ten serial gdziesik w necie najść w ogóle? Zrobiłbym sobie powtórkę z rozrywki, ale już w oryginale.

    Bezbożne pozdrowienia dla drugiego miłosnika filmów o zombie ;)!

    1. Serial parę lat temu znalazłem w sieci, ale to jeszcze było, zanim Megavideo zostało zamknięte. Teraz też powinien krążyć. Przypuszczam, że sporo ludzi czuje za nim nostalgię.

      Co do scenariuszy, to myślę, że w wersji książkowej wypadły słabo, bo każdy Python miał ogromną charyzmę i potrafił niewiarygodnie dobrze wybić żarty. Bez ich umiejętności, te teksty muszą być dużo gorsze.

      Hail zombie!

  2. A to i bardzo być może, bo w postaci samego tekstu to nawet oryginalne angielskie scenariusze Pythonów nie bawią aż tak bardzo jak „żywy” skecz :). Mam też wrażenie, że tu istotny u Pythonów był jeszcze czynnik „świeżości pomysłów”. Tzn., póki Pythony byli grupą jajcarzy-amatorów robiących skecze po kosztach i po kątach (znaczy gdzieś w BBC) to byli cool, ale na przykład już pełnometrażowe filmy Pythonów o Pythonach to porażka, odgrzewanie starych kotletów albo zwyczajna drętwota („Sens życia…”, i jakieś drugie coś w tym stylu). Przynajmniej dla mnie więc mogę się mylić. Za to filmy robione przez Pythonów ale o czymś innym to już powrót do czołówki i klasyki humoru („Święty Graal”, „Żywot Briana”, „Jabberwocky”, a czy coś jeszcze to nie pamiętam).

    Braaaiiins…!!!

    1. Jabberwocky nie lubię. Z pozostałych najbardziej podobał mi się „Sens Życia”, więc tutaj się nie zgadzamy. Graal i Brian też spoko oczywiście, ale mniej.

      Oglądałeś dokument „Monty Python: Almost the Truth”? Żaden z nich nie był amatorem w momencie założenia Pythona. Byli amatorami wcześniej, gdzieś w trakcie studiów. Przed Latającym Cyrkiem każdy z nich już pracował w telewizji.

      Jeszcze kwestia kochania bądź nienawidzenia Pythonów. Kiedyś ich uwielbiałem, dalej lubię i żywię głęboki szacunek. Natomiast odkryłem, że moja sympatia nie jest już bezkrytyczna. Lubię te ich skecze, które są w pokrętny sposób logiczne, ale te purenonsensowe mnie często już wkurzają. Czyli ja chyba jednak jestem pomiędzy.

  3. No, fakt, „Jabberwocky” rzeczywiście jest średnią pozycją. Obejrzałem go całe 2 razy w życiu i więcej do niego nie wróciłem. „Sens Życia”? W sumie OK, ale jak dla mnie za bardzo nierówny – skecze na szczytowym poziomie „pythonizmu” przeplatane takimi, które wydały mi się nudne/denne. Ale to pewnie mój własny odbiór humoru, wcale nie twierdzę, że jestem tu wyrocznią i autorytetem :). Co ciekawe, nie podobały mi się właśnie kawałki, które odebrałem jak totalnie purenonsensowe ;). Może właśnie przez tę nierówność w odbiorze jestem niepotrzebnie negatywnie nastawiony?

    „Monty Python: Almost the Truth” nie widziałem, ale muszę koniecznie obejrzeć. Nie miałem na myśli, że Pythoni byli zwykłymi leszczami bez szkoły zgarniętymi przypadkiem do BBC, raczej że cały ten Cyrk „jakoś tak” im wyszedł i już został :). Chociaż właściwie może się wypowiadam, a nie wiem, historię Pythonów czytałem na stronie fanowskiej, równie dobrze może być wyssana z palca… Trza by doczytać ;).

    Co do kochania/nienawidzenia Pythonów: w sumie opisywałem reakcje na nich zwykłych ludziów. Jesteś zawodowcem od humoru (cholera, jak to zabrzmiało :P) to pewnie też trochę patrzysz na ich wygłupy pod innym kątem. W sumie nie wiem, nigdy przedtem nie pytałem fachowca o Pythonów :). Ja na pewno jestem subiektywnie bezkrytyczny, bo mi się sentymentalizm załącza przy nich i dobre wspomnienia z młodych lat, jak pierwszy raz Cyrk w TVP leciał ;). Dobre do tego stopnia, że jak parę lat później, już w Anglii, co dzień rano do fabryki jechałem przez często wspominane w skeczach Ipswich, to zaraz mi się humor poprawiał na całą dniówkę ch…wej roboty przy śmierdzącym mięchu…

    P.S.: Znalazłem „Co ludzie powiedzą”. Ponieważ ACTA nie śpi, to nie będę wspierał grzesznego (tfu!) piractwa i nie napiszę, że na KickassTo…, eee to znaczy wcale nic nie znalazłem 😛

Możliwość komentowania jest wyłączona.