Con artists – dzieła sztuki wśród przekrętów

origin_5412600537

Istnieją na tym świecie ludzie, którzy każdą próbę zarobienia na działalności artystycznej traktują jak oszustwo. Zdaniem wielu, zwłaszcza początkujących, organizatorów kabareciarze, muzycy, klauni i inne estradowe wycieruchy powinny występować za darmo, za możliwość promocji (bo przecież z pojawieniem się na pikniku rodzinnym w Skorzeszycach wiąże się znaczny prestiż), no góra za dwieście złotych mających posłużyć jako zwrot kosztów podróży. Domaganie się większej gaży bywa postrzegane jako naciąganie i zachłanność, bo przecież lata oficjalnego bądź nie przygotowywania się do zawodu i godziny pracy nad materiałem nic nie kosztują. Być może właśnie w związku z tym przeświadczeniem, panującym wśród części eventmenagerów, wykształciła się pewna specyficzna grupa artystów, specjalizujących się właśnie w robieniu ludzi w wała. Chodzi oczywiście o Con Artists. Con po angielsku to przekręt, numer sprytnie wykorzystujący ludzką psychikę do wyłudzenia pieniędzy. Słowo „artist” ma tutaj znaczenie minimalnie metaforyczne, ale nie można powiedzieć, że nie pasuje. Con artists to nie są zwykli złodzieje. Ich przekręty posiadają poziom skomplikowania dobrych iluzji. Wymagają też znacznych umiejętności kuglarskich i aktorskich oraz dużej dozy bezczelności. Z przyczyn całkiem oczywistych większość con artists nie posiada stron internetowych i nie ogłasza swoich ofert w gazetach. Nie da się ich po prostu znaleźć. Dlatego pojawia się pytanie, czy ci mistrzowie wyrafinowanego przekrętu rzeczywiście istnieją, czy też zostali wykreowani przez amerykański przemysł filmowy.

Bo kinowe produkcje o kanciarzach to podgatunek filmu gangsterskiego będącego subgenre wszelkiego rodzaju obrazów akcji. Na przestrzeni ostatnich stu lat istnienia kinematografii powstało tych filmów całkiem sporo. Jako przykład można podać „Dirty Rotten Scoundrells”  – opowieść o dwóch kanciarzach – bogatym i biednym, którzy wspólnie robią na szaro hurtowe ilości żądnych miłości kobiet. Przychodzi też na myśl „Matchstick Man”, w którym Cage jako znerwicowany oszust przyucza do zawodu swoją nastoletnią córkę. Jako przedstawiciele gatunku kwalifikują się również „The Bloom Brothers” oraz „Catch Me If You Can.”  Żeby pokazać, że conartyści egzystują nie tylko w Ameryce można też dorzucić znanego każdemu Polakowi „Sztosa”, włoskie „Il bidone” oraz czeski film „Vrchni, prchni”, mówiący o drobnym cwaniaczku podszywającym się w restauracjach pod kelnerów w celu zainkasowania za nich należności za posiłki (przy okazji jest to satyra na praskich kelnerów, którzy ponoć są legendarnie leniwi i epicko opieszali).

I tutaj małe ogłoszenie. Od lat poszukuję filmu o naciągaczach, który oglądałem mają wczesne naście lat. Zaginiony film przedstawia historię pary conmanów – kobiety i mężczyzny, którzy uciekają przed czymś (jakbym wiedział przed czym, to pewnie bym znalazł) po całych Stanach. Robią dziesiątki pomysłowych sztuczek, kantują ludzi na wiele różnych sposobów. Jak to zwykle bywa, towarzyszy im osoba spoza „branży”, wprowadzona do fabuły prawdopodobnie po to, aby łatwiej było widzowi wytłumaczyć kulisy światka artystycznych kanciarzy. Jeśli komuś przychodzi do głowy, jaki tytuł mógł nosić ten film, to proszę o kontakt.

To, że naciągacze istnieją, wiemy wszyscy. Bądź co bądź Amber Gold było jednym wielkim szwindlem. W polskim internecie z kolei od dłuższego czasu grasuje – niejaki Krzysztof Habiak. Zakłada on dziesiątki różnych portali, po zalogowaniu się na które zawierasz umowę internetową z jego firmą założoną w GB (spokojnie link prowadzi do artykułu na ten temat, a nie jednej z „tych” stron). Umowy z reguły dotyczą płatności za korzystanie z witryny. Jeśli delikwent nie płaci, pan Habiak pozywa go do sądu. Najwyraźniej sporo ludzi widząc w skrzynce wezwanie na rozprawę wpada w panikę i przelewa pieniądze, bo gość prowadzi ten biznes już kilka lat. Z pierwszej ręki wiem, że jeśli „przestępca” odmawiają uiszczenia opłaty, do której się zobowiązał zawierając półautomatyczną umowę, to Habiak odpuszcza, a sąd umarza sprawę.

A tu z kolei nastąpi dygresja osobista. Pierwsza ręka, z której pochodzą moje informacje na temat Habiaka, należy do mojej dziewczyny (niestety dała się złapać). W związku z czym Habiaku wiedz, że jak cię kiedyś spotkam, to ci przypierdolę (a w tych kwestiach jestem słowny jak Korwin).

Habiak jest sprytny, wyrachowany, dobrze zna prawo i niewiarygodnie sprawnie działa na jego granicy, ale czy to już czyni go conmanem? Otóż nie. Moim zdaniem sednem artystycznych przekrętów jest to, aby ofiara oddała pieniądze dobrowolnie. Cała sztuczka (a może raczej sztuka) polega na tak mocnym omotaniu delikwenta, aby był pewien, że oddaje pieniądze na cele charytatywne bądź inwestycje.

Najlepszym przykładem stopnia zawiłości numerów filmowych conów jest przekręt z „Il bidone” (polski tytuł – „Niebieski Ptak”.) Grupa oszustów w tym rzekomym arcydziele Felliniego w pomysłowy sposób szyje mieszkańców włoskiej prowincji. Kanciarze najpierw zakopują w polu skrzynię ze skarbem zrobionym z pirytu, złoconej blachy i szkła. Po pół roku do właścicieli wyżej wymienionego skrawka ziemi przyjeżdża biskup z szoferem. Kościelny hierarcha wskazuje miejsce, gdzie ukryto skarb. Mówi też, że został on tam zakopany przez starego skazańca. Więzień wyspowiadał się przed śmiercią jemu biskupowi, gdyż doznał nawrócenia. Podczas spowiedzi podał też dokładną lokalizację ukrytego skarbu. Całość tego niby cennego majdanu zdecydował się zapisać właścicielom ziemi, w której „kosztowności” zostały schowane. Pod jednym wszakże warunkiem… Że posiadacze pola najpierw przekażą sowitą darowiznę ka kościół. Biedni ludzie wysupłują zaskurniaki i biegną sprzedawać swoje krowy, aby wręczyć biskupowi datek. Wydaje im się, że dużo zyskają, a tymczasem zostają ze skrzynią pełną bezwartościowych błyskotek. I tak właśnie z reguły wygląda kontakt biednych ludzi z hierarchami kościelnymi – zarówno prawdziwymi jak i oszukańczymi.

I tak w teorii działają przekręty conmanów. Wyszperałem w sieci kilku kanciarzy, którzy działali w realnym świecie a nie na klatkach produkcji filmowych. Wymieniając ich odrzucam wszystkich ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie naprawdę dobrze podrabiali czeki albo sprzedawali papierowe figurki Myszki Micki skaczące na niewidocznych żyłkach. Aby trafić na łamy mojego posta o conmanach trzeba wykazać się odrobiną fantazji…

Owszem słyszałem o ludziach, którzy sprzedają turystom lokalne atrakcje turystyczne, ale zawsze myślałem, że egzystują oni jedynie w dowcipach. A tymczasem okazuje się, że niejaki Victor Lustig autentycznie sprzedał wieżę Eiffla… W dwudziestoleciu międzywojennym konstrukcja była w fatalnym stanie i właściwie bardziej straszyła niż zdobiła. Lustig – wytrawny conman nawiązał kontakt z paryskim handlarzem złomem (oczywiście chodzi o dużego przedsiębiorcę a nie zwykłego śmieciarza) podając się za przedstawiciela francuskiego Ministerstwa Poczt i Telegrafów.  Sprzedał wieżę Eiffla za 20 000 $ i pobrał dodatkowe 50 000 $ łapówki.

Lustig zmieniał postacie jak rękawiczki. Raz był francuskim dyplomatą, kiedy indziej amerykańskim geologiem, jeszcze innym razem austryjackim hrabią. Podobno miał wyjątkowy dar do przyjmowania różnych tożsamości i przekonywania ludzi (to w miarę oczywiste). Co ciekawe, z zachowania przypominał postać oszusta granego przez Michaela Cane’a w „Dirty Rotten Scoundrels”. Oprócz handlowania wieżą Eiffla (którą w ciągu życia opchnął dwa razy) posiadał w swoim repertuarze jeszcze inne mniej monumentalne ale równie imponujące sztuczki. Przez jakiś czas utrzymywał się ze sprzedawania małych skrzynek wypełnionych na pozór skomplikowaną maszynerią. Skrzynki miały drukować idealne banknoty stu-dolarowe, przy czym proces produkcji jednego trwał sześć godzin. Naturalnie w środku było przygotowanych jedynie kilka banknotów. Zanim jednak się wyczerpały, Lustig z reguły już był daleko razem z zainkasowanymi za gadżet dziesięcioma lub trzydziestoma tysiącami zielonych.

Arystokratyczny pan Victor cechował się też sporą bezczelnością. Skrzynkę produkującą dolary udało mu się sprzedać szeryfowi z Teksasu. Stróż prawa oczywiście zorientował się, że wynalazek nie działa idealnie, a właściwie, że w ogóle nie działa. Wściekł się, ruszył w pogoń i wytropił Lustiga w Chicago. Podczas spotkania oszust jednak wmówił Teksańczykowi, że skrzynka zepsuła się ze względu na niewłaściwe i nieumiejętne użytkowanie. Lustig reklamacji oczywiście nie przyjmował…

Wyczyn Lustiga – dwukrotne sprzedanie wieży Eiffla wydaje się imponujący. Chyba, że zestawimy go z tym, co robił George Parker. Ten amerykański conman sprzedawał most Brookliński dwa razy w tygodniu. Wmawiał nieświadomym turystom, że będą mogli pobierać opłaty za przejazd. Policja kilkakrotnie musiała usuwać z obiektu budki strażnicze „nowych właścicieli”. George Parker parę razy sprzedał też Medison Square Garden, Statuę Wolności oraz grób generała Granta.

Czy w Polsce zdarzają się podobne przekręty? Podobne tak, ale na dużo mniejszą skalę. Słyszałem, potwierdzenia niestety nie mam, że paru cwaniaków na krakowskim rynku pobierało opłaty za wysłuchanie hejnału mariackiego. Zaczepiali, dajmy na to, Japończyków przed pełną godziną i informowali, że za drobną opłatą facet na wieży zagra hejnał specjalnie dla nich. Czyli w Polsce nawet oszuści działają mniej spektakularnie niż w Stanach. A zdawałoby się, że w robieniu wałów jednak będziemy lepsi…

Do panteonu wielkich kanciarzy można jeszcze dorzucić Roberta Hendy’ego-Freegarda, pracownika salonu samochodowego, który naciągał ludzi udając agenta MI5 (brytyjskie tajne służby) ukrywającego się pod przykrywką pracownika salonu samochodowego (dzięki czemu spotykał się z ofiarami w swojej pracy). Freegard tak mocno omotał kilkoro ludzie, że podczas śledztwa nie chcieli współpracować z policją, gdyż byli święcie przekonani, że oficerowie to podwójni agenci wrogich służb. Na fotel wśród wielkich oszustów zasłużył też oczywiście Frank Abagnale – człowiek, którego Leo DiCaprio zagrał w „Catch me if you can”.

Kiedy zaczynałem pisać tekst, byłem przekonany, że raczej nie uda mi się znaleźć przekrętów równie wielkich jak te filmowe. A tu jednak. Handel mostem Brooklińskim mimo wszystko imponuje. Kolejny dowód na to, że ludzka głupota nawet jeśli ma granice, to bardzo odległe.

Zapraszam do przeczytania posta o komiksach.

photo credit: MarkGregory007 via photopin cc

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Con artists – dzieła sztuki wśród przekrętów”

Możliwość komentowania jest wyłączona.