Żarcie motywacyjne

Już dużo razy, mniej lub bardziej wypaczając bądź wyolbrzymiając różne aspekty, napisałem, jak żyję. Raz też w miarę dokładnie przestawiłem miejsce, w którym śpię, przebywam i jak to się mówi ogólnie – mieszkam. Przyszedł czas pochwalić się, gdzie żrę…

Otóż obok mojego bloku, który ani trochę nie wygląda jak blok, stoją sobie wieżowce. Wieżowce jak najbardziej biurowe, postawione za pieniądze jak najbardziej zagranicznych korporacji. Wieże Babel, których konstruktorowi bóg nie tylko nie wpierdzielił się na plac budowy, ale też dał błogosławieństwo na postawienie obok trzech bliźniaków, oznaczonych B, C i D. W tych karłowatych drapaczach chmur, skrojonych na miarę Krakowa, siedzą dziesiątki, setki a może nawet tysięce ludzików z całego świata, pozamykanych jak zabawki z Mattela w kartonowych pudełkach i klikających, odbierających calle i ogólnie ścigających się w grze „tej tutaj pomogę, a tej świnie podłożę, zdobędę punkty i to mi w awansie pomoże”.

Tam, gdzie tyle gąb do wykarmienia, zawsze pojawia się manna z nieba w postaci tanich jadłodajni (w wieżowcach i okolicy znajdują się cztery lokale, w których można skonsumować obiad za zawrotną sumę około trzynastu złotych. Żadnego Ristorante  serwującego Beef en Croute  tutaj nie widziałem, w związku z czym zakładam, że większość korporantów nie zarabia wcale aż tak znowu dobrze). I ja korzystam. Właśnie do tych jadłodajni chodzę na obiady, które często są moim śniadaniami, bo albo wstaję zbyt późno i nie opłaca mi się w domu przekładać buły szynką, albo zwlokłem się z wyra w miarę wcześnie, ale od rana oglądałem seriale, a buły mi się przekładać nie chce. Co ciekawe, okazało się, że w moim sąsiedzkich, osiedlowych wieżach Babel pracują jacyś znajomi znajomych, którzy mnie zobaczyli, przyuważyli, jak wchodzę do korporacyjnego budynku i puścili plotkę, że ja  też w jednym z żertych na pieniądze molochów pracuję. Jest to dowód na to, jak bardzo praca w korporacji lasuje zwoje. Jak można pomyśleć, że zarośnięty facet w niebieskim dresie (przecież się nie będę stroił, jak idę na obiad pod blok) i koszulce jakiejbądź, ale obowiązkowo niewyprasowanej, pracuje w korpo? Wiem, że hasło „u nas nie ma dresscodu” to aktualnie modna ściema, ale chyba jeszcze nie powstała firma, która by go nie miała aż tak bardzo.

Ludzie są spoko, mili, dużo cudzoziemców się pałęta. Tylko laski wyglądają trochę na chore, jakby jakiś grzyb albo inne paskudztwo wżerało im się w skórę. Czy ten sam objaw występuje u mężczyzn? Nie zauważyłem. Nie przyglądam się. Biorę danie dnia, jakie aktualnie jest, ale najchętniej schaboszczaka z frytkami. Siadam, żrę i obserwuję. Słucham o callach, mityngach, teamleaderach, deadlinach, achivmentach. Deseru nie biorę, bo w tym momencie życie bardzo mocno osładza mi fakt, że ja w tych wieżowcach tylko jem…

Nawet nie wiecie jak szybko stamtąd wybiegam, po tych niespełna półgodzinnych, obiadowych obserwacjach i z jaką werwą biorę się do swojej własnej, freelancerskiej pracy polegającej na załatwianiu występów, promowaniu występów, pisaniu bloga, etc. Motywacja w najczystszej postaci.

P.S: Jeśli tego posta przeczytał dowolny człowiek z haerów dowolnej wielkiej korporacji, to niech wie, że zrozumiał tekst całkowicie opacznie. Wcale nie żywię obrzydzenia wobec systemów awansów i na hasło „pan prezes” wcale nie otwierają mi się u wsadzonych w kieszenie rąk środkowe palce. Wręcz przeciwnie, uwielbiam ogromne, zagraniczne molochy i z przyjemnością, aczkolwiek za grube pieniądze, wezmę udział w niemal dowolnym firmowym evencie.

Komentarze

Komentarze