Pomiędzy Halloween a świętem trupa

grób

Pierwszego listopada zmarli rzekomo wstają z grobu. Babcie ożywają jakiś tydzień wcześniej. Kobiety, które prawdopodobnie od Wielkanocy nie opuściły swoich mieszkań przypominających grobowce omyłkowo przystrojone zeżartymi przez mole chodnikami i wyblakłymi zasłonkami, wyruniają się stadami na ulicę, by nawiedzać tramwaje. I nagle okazuje się, że w każdym kurwa kierunku Krakowa jest jakiś cmentarz! Nagle każdy autobus zaczyna przypominać objazdową kwiaciarnię, której oferta została zawężona do chryzantem, jarmużu i czegoś co zapachem bardzo mocno przypomina naftalinę. Ty już sobie posiedziałeś, a co więcej właśnie stałeś się ruchomą poręczą, po której nestorki będę się wspinać do autobusu jak stetryczałe małpy.

Zaczyna się tydzień żywych babć. Na każdym rogu miasta stoi kobieta, która zdążyła przeżyć wszystko, łącznie ze swoim mężem. Właśnie trwają nagrania do kolejnej edycji programu „Odpicuj mi nagrobek”. Cmentarne rabatki są plewione, a każdą płytę poleruje się tak intensywnie, że prawdopodobnie jej odblaski zobaczyć można z kosmosu (przez chwilę miałem ochotę napisać, że płyta błyszczy się jak psu jajca, ale przypomniałem sobie, że miałem psa i nic mu się w tych rejonach nie błyszczało). Kto pomyślał, że jestem chory i spaczony, niech podniesie rękę w górę, a następnie, ponieważ tych waszych rąk nie zobaczę, wpisze hejta w komentarzach. Ja jestem chory? Ja, a nie babcie, które marnują resztki tlącego się w nich życia na chorobliwy kult natartych pastą marmurowych płyt z ponurym zdjęciem? Toż to jest subkultura gorsza niż emo.

Tutaj kilka pytań.

Po pierwsze, na jaki chuj martwemu kwiatki?

Po drugie, skąd się biorą te zdjęcia? Jaki jest proces? Ktoś umiera i bliscy selekcjonują stare albumy, aby znaleźć fotografię, na której delikwent wygląda, jakby od jakiegoś czasu już nie żył? Nasuwa się myśl, chytry plan, aby do końca życia pieczołowicie kontrolować wszystkie zdjęcia swojej gęby. Sukcesywnie niszczyć te, na których wyszedłem poważnie i statecznie i  w ten sposób zagwarantować sobie, że na moim nagrobku znajdzie się foto z idiotyczną miną albo kretyńskim grymasem.

Po trzecie, jakie są polskie tradycje związane z tak zwanym świętem zmarłych? Bo z mojego punktu widzenia, te tradycje sprowadzają się do: „Poparz sobie palce, a następnie pomilcz przez chwilę nad nagrobkiem osoby, której nigdy nie widziałeś, a w najlepszym wypadku dwanaście lat temu”.  To i jeszcze zmarznięte stopy.

To już wydaje mi się lepsza tradycja anglosaska, według której w dzień przed pierwszym listopada dziecko musi się przebrać za zombie, aby chodzić po domach żebrząc o cukierki, a dorosły musi się przebrać za psychopatycznego mordercę i chlać, aż zacznie przypominać zombie. Obrzęd ów już jakiś czas temu trafił do naszego kraju, ale jak to zwykle bywa, został wypaczony przez słowiańską duszę. Parę lat wstecz, kiedy spędzałem te najwspanialsze ze świąt w Jędrzejowie (dziura, w której się wyklułem), ktoś zapukał do drzwi. Nie spoglądając w wizjer otworzyłem i okazało się, że po drugiej stronie stoi trzech nastoletnich chłopaków. Jeden miał na twarzy sztuczny ryj małpy, drugi założył kaptur i posmarował sobie facjatę czymś czarnym, a trzeci – stojący po środku, na przedzie – przebrał się za potwora, zakładając dres i kominiarkę. „Słodycze, pieniądze, albo psikus” powiedział nastolatek w przebraniu zamachowca. Zaniemówiłem i zamknąłem drzwi, bo obawiałem się, że psikusem będzie nóż pod żebro.

Tradycja cygańska też wydaje się bardziej miła. Sprowadza się ona bowiem do chlania wódki na grobach, które dosłownie pełnią rolę stołów oraz kradzieży zniczy.

Pomimo, że lubię rzeczy ponure (dowodem na co post, będący nie czym innym jak recenzją pogrzebu mojego dziadka), odcinam się od tego cmentarnego chłamu. Pakuję mandżur i spieprzam do Pragi.

photo credit: mugley via photopin cc

Komentarze

Komentarze