Pomysły na biznes, które nie mają prawa wypalić

żebraczka

W życiu przyszły mi do głowy dziesiątki pomysłów na biznes. Żadnego z nich jednak nie zrealizowałem. Dlaczego? Dlatego, że moje przedsiębiorcze natchnienie najwyraźniej jest skończonym idiotą.

Ośrodek wypoczynkowy dla pracoholików

Pracoholicy nie lubią odpoczywać. Lubią zapierdalać. Problemy pojawiają się wraz z diagnozą. Jak tylko pracoholizm zostanie stwierdzony, rodzina zaczyna delikwentowi suszyć głowę. Domownicy próbuję sabotować wysiłki pracoholika, utrudniają mu spokojne oddawanie się nałogowi i zwyczajnie męczą bułę. Próbują wypychać na jakieś ogniska, imprezy i ciągać na spacery (jak psa). Uwierzcie, że nic tak nie wkurza pracoholika, jak próba oderwania go od umiłowanego zapierdolu. W ośrodku wypoczynkowym dla pracoholików mógłby odpocząć od biadolenia rodziny i w spokoju sobie tyrać. Pokoje byłyby przystosowane do pracy i przypominały biurowe boksy. Łóżek bym do nich nie wstawiał, bo porządny pracoholik najchętniej zasypia przybijając gwoździa o dechę swojego miejsca pracy.

Ten pomysł na biznes nie wypali, bo protesty społeczne i bla, bla, bla.

Personal shoper dla gamerów

Nazwa zawodu składa się w osiemdziesięciu procentach z wyrazów angielskich, co w teorii czyni ten fach bardzo pożądanym na rynku pracy. Podkreślam, że w teorii. Gamerzy, gracze są oczywiście ludźmi z wielką zajawką i świetnie znają się na swojej pasji, no bo w końcu to pasja. Większy problem mają rodzice tych piętnastolatków. Przed każdymi urodzinami, mikołajkami i pozytywnie zaliczonym egzaminem gimnazjalnym zastanawiają się, jaką u diabła mają gnojowi kupić grę. Niestety są rodzicami, ergo w dziewięćdziesięciu procentach przypadków na grach się nie znają. Kierują się przy ich zakupie własnymi kryteriami i próbują zrobić tak, aby gra miała jak najmniej wspólnego z grywalnością i ostrą wyrzynką, a jak najwięcej z edukacją i zaszczepianiem u dzieciaka pragnienia do pokojowej koegzystencji z wszystkimi stworzeniami tego świata. Kończy się na tym, że zagorzały fan „Weidźmina” i cyklu „Halo” otrzymuje od Gwiazdki grę o hodowaniu jakiegoś dziwnego stwora za pomocą cukierków, a i tak cieszy się, że nie otrzymał rozbudowanej wersji windowsowskiego pasjansa. Jest tak zdziwiony, że pomimo poważnego, piętnastego roku życia na karku, zaczyna zastanawiać się, czy prezentu, aby faktycznie nie kupiła jakaś Gwiazdka… W końcu pipa z nim nie mieszka, nie zagląda mu przez ramię w monitor, więc skąd miała wiedzieć, w co gra. Gaming personal shoper miałby chodzić z rodzicami po prezenty, tak jak ten oryginalny chodzi ze starymi babami po ubrania, które i tak ich nie odmłodzą. W oparciu o posiadane przez dzieciaka tytuły, dokonywałby wyboru, kolejnej, docelowo wymarzonej pozycji.

Ten zawód się nie pojawi, bo gdyby rodzicom się chciało starać w tej materii, to zwyczajnie zabieraliby na zakupy kumpla dzieciaka. Ale im się nie chce.

Ochroniarz werbalny

Wbrew pozorom żyjemy w cywilizowanych czasach i rzadko się zdarza, że jeden człowiek drugiego chce zabić, pobić, zasztyletować albo w inny sposób odesłać na tamten świat. W cywilizowanych tak, w kulturalnych nie do końca. Tak zwana agresja werbalna – wszelkiego rodzaju dogadywanki, ubliżanki, burdy i innego rodzaju narodowe zabawy są właściwie na porządku dziennym.  Nie wszyscy sobie radzą w naszym przyjaznym środowisku. Nie wszystkim też chce się wyzywać. Tutaj przydałby się ochroniarz od słów – specjalista, który jest wykształconym retorem, zaprawionym w bitwach na dissy raperem oraz oczywiście chamem z samej swojej natury. Kiedy ktoś zacznie Cię urażać, on bierze profesjonalne sprowadzenie go do parteru na siebie. Znajduje celne riposty, stosuje metody asertywności ekstremistycznej, a w skrajnych wypadkach sięga po skuteczne i pewne jak granat odłamkawy „spierdalaj, huju!” (i tak, jest tak wielkim specjalistą, że potrafi to powiedzieć przez samo „h”).

Biznes nie wypali, no bo bez jaj, ludzie za bardzo lubią się kłócić.

Żaden z powyższych pomysłów na biznes moim zdaniem nie ma najmniejszych szans funkcjonować na rynku. Ale z drugiej strony, co ja się tam znam… Kiedy usłyszałem o normalnym (alarm! sprzeczność) personal shoperze, też nie wierzyłem, że znajdzie się na świecie człowiek gotów zapłacić drugiemu człowiekowi za to, by ów poszedł z nim na zakupy. Nie do końca apropos zapraszam do przeczytania posta o moich pomysłach na książki, które na pewno dostaną Nobla.

photo credit: archer10 (Dennis) via photopin cc

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Pomysły na biznes, które nie mają prawa wypalić”

Możliwość komentowania jest wyłączona.