Grupa AD HOC – subiektywna historia

ad_hoc1

Gdzieś w czerwcu 2009 albo 2010 roku tak się złożyło, że pewna moja koleżanka z kabaretu (nie lubi jak się ją oznacza na Facebooku, więc imiennych wzmianek na blogu też może nie przyjąć) nie mogła wystąpić, a akurat trafiło nam się granie. Czasy były takie, że propozycje występów otrzymywaliśmy (my tzn. kabaret PUK) mniej więcej raz na miesiąc, więc za żadne skarby świata nie chcieliśmy odpuszczać okazji… Dlatego padła propozycja, aby zagrać we trzech. Skeczy bez nieodzownego udziału kobiety oczywiście nie mieliśmy, więc na fali wielkiej fascynacji programem „Whose line is it anyway” postanowiliśmy, że raz się żyje, kozie śmierć, łupniemy impro. Oprócz mnie na scenę wkroczyli Alan Pakosz i Michał Próchniewicz. Zaprosiliśmy też do zabawy znajomych (bądź nie) z innych ekip przewijających się przez kabareton. Dołączyli więc aktorzy Kabaretu Grabiego Marka, czyli Marek Grabie znany z serialu „Spadkobiercy” oraz Karol Wolski, który robi bardzo dużo rzeczy, ale najwięcej ludzi kojarzy go z roli nauczyciela informatyki  w serialu „Szkoła”. Zagrało też z nami dwóch ziomków, z kabaretu BAM, o którym na szczęście już dawno temu słuch zaginął (jak widzicie BAM, podobnie jak PUK, SZUM i BIM-BOM należał do nurtu onomatopeicznego sceny kabaretowej).

Występ był taki sobie, ale publiczność, która nigdy wcześniej nie widziała improwizacji, szalała jak pojebana (każda publiczność przy pierwszym kontakcie z tą formą rozrywki lekko głupieje z wrażenia). Dlatego też upojeni sukcesem postanowiliśmy przedsięwzięcie powtórzyć.

Kilka miesięcy później graliśmy już regularnie w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie. Regularnie to znaczy raz w miesiącu. Co ciekawe, wbrew zdrowemu rozsądkowi nie robiliśmy niemal żadnych treningów, tylko autentycznie wychodziliśmy na scenę i łupaliśmy najbardziej klasyczne, żywcem zerżnięte z Whoseline’a gry (wszystkie grupy tak robią, ale nigdy w życiu nie podpiszę się pod tym, że to jest dobre). W tamtym momencie oprócz nas trzech – członków kabaretu PUK, na stałe grał też Karol Wolski, Marcin Zbigniew Wojciech (wtedy kabaret Chwilowo Kaloryfer, obecnie kabaret 44-200) oraz Aneta Stokes (dawny kabaret Który). Niekiedy z boku na pianinku plumkał też Karol Bulski.

W tamtym rozkosznym czasie, kiedy byłem bezsprzecznie pewien, że jestem niewiarygodnie zajebisty, nie wiedziałem nawet, że w impro obowiązują jakieś zasady. Nie zagłębialiśmy się w żadną teorię, nie ściągaliśmy książek, poradników. Po prostu braliśmy gry z show telewizyjnego i trzaskaliśmy na żywca. Bodajże po trzecim występie miałem okazję dowiedzieć się, że reguły impro istnieją. Po występie podeszła do mnie jakaś dziewczyna i zaczęła opowiadać, że jest taki trener improwizacji w Lublinie, czy my się skądś uczymy, czy znamy reguły, czy jesteśmy zainteresowani treningami prowadzonymi przez specjalistę. Na moje nieszczęście dziewczyna nie należała do najpiękniejszych, więc olałem jej gadanie i odszedłem. Dużo później dowiedziałem się, że pomimo pewnych mankamentów w wyglądzie miała rację. W impro istnieją reguły, których przestrzeganie daje zadziwiające rezultaty.

Minęły lata, tak konkretnie ze dwa. Dalej graliśmy w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Już organizowaliśmy regularne próby (treningi). Okazało się też, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, że nie jesteśmy pierwszą i jedyną grupą w Polsce. Oprócz nas funkcjonowały też No Potatos, Klancyk, W Gorącej Wodzie Kompani (i tak naprawdę diabli wiedzą kto jeszcze). Stopniowo przyjmowaliśmy nowych członków. Dołączył Paweł Sadowski z kabaretu Róbmy Swoje. Przyjęliśmy też koleżankę z kabaretu PUK, przez której nieobecność zaczęliśmy improwizować (gdyby nie ona, nie byłoby AD HOCa, więc należało jej się).

Treningi już odbywały się regularnie, ale jeszcze nie były obowiązkowe. Niekiedy zjawiały się na nich tak mniej więcej trzy osoby i czuliśmy pustkę… Dlatego postanowiliśmy dokoptować jeszcze dwóch ludzi. I tak w składzie pojawili się Janek Malinowski i Michał Jeffrey Ociepa (dawniej kabaret Ucho). I w ten sposób w momencie kulminacyjnym grupa liczyła sobie jedenastu członków, co jest w światku impro normalne i jednocześnie niewiarygodnie kretyńskie.

Wprowadziliśmy obowiązkowe obecności na próbach. Po znajomościach dostaliśmy też występ w krakowskiej Rotundzie (a, sorry, zapomniałem. To nie znajomości. To dlatego, że byliśmy zajebiści.) Odbył się z umiarkowanym sukcesem i nagle puffff. Rotunda to już nie jest jakiśtam Śródmiejski Ośrodek Kultury. Wszyscy chcieli chodzić na próby, wszyscy chcieli grać. Pojawił się zauważalny prestiż i trochę mniej zauważalne pieniądze. Do każdego występu wychodziliśmy tłocznie, jedenastoosobową watahą. Na osobę przypadały średnio trzy gry w ciągu godziny. Czysty idiotyzm. Przez jakiś czas tłocznie przychodziła też widownia. Parę razy udało nam się ściągnąć do Rotundy pięćset, sześćset osób. Ale to jeszcze było przed tym, jak grupy impro rozpleniły się po Krakowie jak króliki od małego pasione Viagrą.

Trwał rozwój i rozkwit grupy. Robiliśmy krótkie formy, długie formy i mieszane formy. Przygotowaliśmy projekty rozrywkowe, ambitne, eksperymentalne, a niekiedy na szczęście też głupie. Zaczęliśmy prowadzić warsztaty z impro i w okresie wakacyjnym jeździć po festynach.

A później, jak to zwykle bywa, pojawiły się tarcia.

W momencie, w którym bardzo mocno narosły, postanowiłem skorzystać z założycielskiej mocy i samodzielnie wypierdolić się z grupy na zbity ryj. Stwierdziłem też, że muszę wziąć na siebie ciężar poinformowania świata (a przynajmniej internetu) o zmianach w składzie grupy. Skład grupy AD HOC się zmienił. Już, poinformowałem.

Czy jeszcze będę miał coś wspólnego z impro? Ważniejsze są dla mnie stand-up i kabaret, ale posiadanie własnej grupy improwizacyjnej jest świetną sposobnością do organizowania imprez cyklicznych (nawet jak łupiesz co występ te same gry, wypełnienie się zmienia. A skecze i monologi jednak trzeba pisać. [A oprócz tego, to się przy tym spełniam, realizuję, krzewię misję impro i tym podobne bzdury, które w tych samych okolicznościach mógłby napisać szereg innych osób]) Nie zamierzam z wyżej wymienionej sposobności rezygnować. Przez jakiś czas myślałem, aby założyć konkurencyjną grupę – HOD AC. Na szczęście trafiła mi się okazja dołączenia do projektu improwizacyjnego tworzonego przed kabaret 44-200. Aktualnie wraz z nim podbijam Górny Śląsk. Prezentujemy bardzo kabaretowy odłam impro z bardzo małym parciem na bycie postrzeganym jako grupa teatralna. Występ można zamówić tu (chociaż właściwie to u mnie też można:).

Całkowicie sprzecznie z ironicznym spojrzeniem na impro z akapity powyżej zbieram się też, aby zacząć kołczować jakąś młodą grupę na terenie Krakowa. Tyle u mnie. A co u Was?

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Grupa AD HOC – subiektywna historia”

  1. Nie wiem jak u innych ale u mnie całkiem spoko. Dziękuję i pozdrawiam.

Możliwość komentowania jest wyłączona.