Jak zaczyna polski kabareciarz? – To znaczy, jak ja zaczynałem…

Kraków, osiedle Prądnik Biały, konkretnie ósme piętro postkomunistycznego bloku. Godzina mniej więcej trzecia rano. Jaki dzień tygodnia, właściwie nie mam pojęcia. Nie pracuję. Technicznie jeszcze kwalifikuję się jako student polibudy, ale w tym semestrze pojawiłem się na uczelni bodajże raz i bodajże dlatego, że przechodziłem obok i akurat mi się lać zachciało. A jak wszyscy wiedzą, toalety uczelniane witają przechodniów otwartymi drzwiami i co ważniejsze, nie żądają w zamian za udostępnienie porcelany pieniędzy. Siedzę w fotelu, tępo gapię się w ekran komputera i stopniowo zmieniam się w młodszą wersję Ala Bundy. Wpieprzam najtańsze orzeszki marki Lidl. Za popitę służy mi niewiele droższe piwo. Oglądam spiracony na płytę CD program kabaretu Potem. Jeden z tych mniej znanych – „Sny i Zmory im. Sierżanta Zdyba.” Zamiast spać masakruję swój mózg senną psychodelą, komediowym odpowiednikiem Dark Side of the Moon. Nagle doznaję olśnienia… Oglądam stare nagrania kabaretowe chyba od trzech dni i niespodziewanie cała wizja mojego życia zaczyna stawać się jakby bardziej przejrzysta. Spływa na mnie niezakłócona pewność, że ja – najgorszy możliwy student Budownictwa Ogólnego, leń, ćwierć żul patentowany i nieudolny drobny krętacz, zostanę kabareciarzem.

Mam dwadzieścia cztery lata. Do tej pory w życiu stałem na scenie jakieś dziesięć razy. Dziewięć z tych moich wystąpień publicznych miało miejsce we wczesnej podstawówce. Dziesiątym doświadczeniem estradowym był udział w konkursie na etiudy aktorskie odbywającym się podczas zjazdu fanów fantastyki. Odpadłem po dziesięciu sekundach scenki i niemalże zemdlałem ze strachu. Czy uda mi się przekuć doświadczenie w recytowaniu wierszy na dzień matki w autentyczny warsztat zawodowego kabareciarza? Oczywiście trzeba będzie jeszcze napisać skecze. Nie mam również najmniejszych wątpliwości, że nie tylko będę grał, ale też zajmę się dostarczaniem materiału. W pisaniu akurat mam większą wprawę. Od lat zapełniam elektroniczną szufladę swojego dysku opowiadaniami fantasy stanowiącymi miałkie popłuczyny po Sapkowskim. Od tego magicznego dnia będę ją zapełniał skeczami…

To jeszcze były takie czasy, że mało kto porywał się na samotne rozśmieszanie widowni. Ludzi nazywających się stand-upperami w Polsce jeszcze nie było (albo bardzo dobrze się chowali po kątach). W związku z tym wszyscy, w tym ja, zakładali, że do rozpoczęcia kariery komediowej potrzebna jest ekipa. I tutaj bezcenna porada numer 1den: Jak nie znajdziesz ludzi, którzy naprawdę chcą robić kabaret, to rób go sam. Zrób stand-up, monodram, dziwną rzecz, którą uskutecznia Ścibor Szpak… Pytanie „czy chcesz dołączyć do mojego kabaretu?” zadałem każdej znanej mi osobie. Pominąłem chyba jedynie swoją matkę. W ten sposób powstał kabaret Totakapokraka, o którym już zresztą kiedyś pisałem. Oprócz mnie tworzyło go kilkoro ludzi, którzy w najmniejszym stopniu nie wierzyli w możliwość zrobienia poważnej kariery estradowej.

Nic więc dziwnego, że Totakapokraka nie pożyła szczególnie długo. Zrobiłem z nią z dziesięć skeczy, które zagrałem około dziesięciu razy w warunkach bardzo różnych. Nigdy nie zapomnę występu w Klubie Pod Jaszczurami o trzynastej po południu, na który nie przyszedł nikt oprócz trójki moich znajomych oraz dwóch pijanych Angoli. Ci ostatni panowie nie rozumieli naturalnie kompletnie nic, ale dzięki typowo brytyjskiemu pozytywnemu nastawieniu śmiali się i klaskali jak po..ebani.

Po roku mój pierwszy projekt już nie istniał, a ja wszedłem w skład kabaretu PUK. Tutaj pracowałem już z ludźmi, którzy mieli spore doświadczenie sceniczne (zwłaszcza w porównaniu ze mną.) I fakt, że pracuję z niemalże profesjonalistami odrobinę uderzył mi do głowy… Zawsze wydawało mi się, że jestem zajebisty, tylko przez większość życia nie byłem pewien w czym. Teraz nagle moje przekonanie się sprecyzowało. Pięć niezłych występów i nagle w swoim własnym mniemaniu stałem się bogiem komedii. Nabrałem przekonania, że piszę jak Góral, mam warsztat aktorski młodego Stuhra, a ruszam się zabawnie jak Halama. Niestety nie do końca ukrywałem to przekonanie przed światem… I tutaj bezcenne porady numer 2 i 3: Twoje pierwsze kroki na scenie na 90% będą godne politowania, ale tym się nie przejmuj. Jednocześnie na 100% będzie Ci się wydawało, że jesteś zajebisty, ale postaraj się zachować pewien umiar w okazywaniu tego innym. Nie jestem odosobnionym przypadkiem. To prawdziwy syndrom, który pewnie nosiłby jakąś nazwę, gdyby psychologowie w większym stopniu interesowali się sceną komediową. Komicy, którzy zadzierają nosa, bo dwa pierwsze występy w ich życiu poszły nieźle, to norma.

Czułem się królem sceny. I pewnie właśnie dlatego byłem niezaprzeczalnie pewien, że przebieg mojej kariery będzie wyglądał następująco:

1. Będę brał udział w festiwalu PAKA i wygram go za drugim, co najwyżej trzecim podejściem.

2. Powyższa wygrana zapewni mi tak ogromną popularność, że przez resztę życia będę martwił się jedynie tym, którą z napływających do mnie intratnych propozycji wybrać.

Nietrudno się domyślić, że PAKI nigdy nie wygrałem, pomimo że startowałem w niej chyba cztery razy. Zdobyłem wprawdzie razem z PUKiem jakieś nagrody publiczności i nawet jakieś drugie miejsce ex aequo, ale nie stanąłem na najwyższym szczeblu podium i nie odebrałem z rąk dosyć mocno stetryczałego jury nagrody najwyższej. Na szczęście gdzieś w międzyczasie przestało to mieć znaczenie. Zarówno dla mnie, jak i w trochę szerszym kontekście. PAKA cały czas jest kultowym i legendarnym przeglądem, ale już nie gwarantuje zwycięzcom niekończących się tras, tak jak to było jakieś dziesięć lat temu. Dzisiaj daje jedynie możliwość postawienia sobie na półce kultowej nagrody (aczkolwiek tę nagrodę naturalnie lepiej mieć niż nie mieć).

Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że ja zbyt mocno uwierzyłem w to, że istnieje tylko jedna droga do kariery. A tak naprawdę można wręcz przebierać w wielu rozmaitych ścieżkach. Zakładając kabaret najlepiej myśleć o nim biznesowo (jak się nietrudno domyślić, jest to bezcenna porada numer 4). It’s showbusines babe. Musi być show i musi być biznes. Najlepiej od początku budować własną markę, zamiast próbować wywindować się na plecach innych marek (takich jak PAKA). Najlepiej myśleć o sobie jako o produkcie, budować PR oraz szukać unique selling points. Bo kabaret to moim zdaniem rozrywka a nie sztuka. Rozrywka, która oczywiście może być skomplikowana i zaskakująca, ale jednak rozrywka. Oczywiście pojawią się głosy sprzeciwu… Głosy mówiące, że kabaret może być high art. Może. Tylko po co? Moim zdaniem słowo sztuka postawione obok słowa kabaret z miejsca staje się nadmiernie nadęte.

Myślę, że na dzisiaj i na teraz już wystarczy tych połowicznie rzewnych zwierzeń. W tekście średnio sprytnie ukryłem cztery porady na temat: „jak zostać kabareciarzem?” Dorzucę jeszcze poradę piątą. Od samego początku kariery różni ludzie będą wyrażali opinię na Wasz temat. Matki i ciotki będą się zachwycać, fani innych ekip krytykować, jurorzy wskazywać błędy i niedociągnięcia (których przecież sami nie potrafią uniknąć). Najlepiej robić swoje i olać wszystkie opinie ciepłym moczem (oczywiście na czele z opiniami moimi).

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Jak zaczyna polski kabareciarz? – To znaczy, jak ja zaczynałem…”

  1. To jest dobre co napisałeś, do mnie trafia konkretnie. Jestem na etapie podjęcia decyzji i dwóch fajnych występów na open micach za mną, więc tekstem „Komicy, którzy zadzierają nosa, bo dwa pierwsze występy w ich życiu poszły nieźle, to norma.” jak to się mówi utarłeś mi nosa. I dobrze.

Możliwość komentowania jest wyłączona.