Jakim cudem stand-up…

…stał się najpopularniejszym gatunkiem komediowym w Stanach Zjednoczonych?

Oczywiście nie posiadam dokładnych danych, a obok samych Stanów to właściwie nawet nie leżałem (chociaż obejrzałem taką ilość seriali, że momentami czuję się rodowitym Amerykaninem). Mimo wszystko, z fachowego szacowania na oko wynika, że stand-up rządzi w Nowym Świecie. Jak często wam się zdarza, że znajomy pokazuje wam świetny amerykański skecz? Jak często natrafiacie na młodego, improwizatora, który robi zawrotną karierę? No właśnie. A stand-uperzy zza oceanu jednak pojawiają się w okienkach naszego Youtube’a w miarę często…

Świadczyć to może o trzech rzeczach:

1. Stand-up jest niezwykle popularny w Stanach…

2. Polacy jak najbardziej lubią polskie kabarety, ale z Ameryki to raczej wolą stand-uperów…

3. Wszyscy moi znajomi są kompletnie zafiksowani na punkcie komedii stojącej i nie uznają żadnej innej…

Mimo wszystko zakładam, że prawdziwa jest odpowiedź pierwsza. I tutaj pojawia się pytanie. No kurwa jak? Nie zrozumcie mnie źle. Stand-up to bardzo interesująca i co więcej, bardzo wymagająca forma. Ale jeśli chodzi o różnorodność, impro i kabaret zdecydowanie nad nią górują. W stand-upie na scenę wychodzi jeden człowiek (z reguły facet) i gada. I może gadać świetnie, może gadając zarąbiście grać, świetnie tworzyć postacie, rewelacyjnie podawać żarty. Ale nijak nie wyjdzie poza gadanie. No generalnie ma mniej środków do dyspozycji, więc też mniejszą szansę na to, aby widza zaskoczyć.

Z kolei kabaret może zrobić skecz dwuosobowy, później skecz oparty na cyklu scenek, może wpleść w program piosenkę, albo numer pantomimiczny. Może nawet zagrać stand-up jeśli ma ochotę. To samo impro. Na scenie jest kilka osób. Pojawiają się długie historie, krótkie historie, gry strzałowe oraz gry typu zgadywanka (randka, dziwni goście). A stand-uper dalej tylko gada…

Wiele wskazuje na to, że amerykański stand-up zjadł amerykański kabaret. Liczne źródła podają, że komedia stojąca wywodzi się z vodewilu. A vodewil to przecież jednak forma zbliżona do naszych przedwojennych kawiarni kabaretowych. Zawierały się w niej skecze, piosenki, monologi oraz z tego, co zrozumiałem, pokazy tancerek. Vodewil kilkadziesiąt lat temu zniknął ze scen. I pozostał po nim stand-up…

Jak wskazuje ten zagraniczny artykuł (a właściwie post) w pierwszej połowie dwudziestego wieku komicy ze Stanów byli przeświadczeni o konieczności posiadania scenicznego partnera. Jedna osoba z pary pełniła główną rolę i serwował puenty, a druga tylko podrzucał mu wprowadzenia (Tak zwany straightman. Czyżby właśnie w ten sposób działał kabaret Grzegorz Halama Oklasky!? Chyba tak.) Ewentualnie czarnucha od podrzucania nieśmiesznych zdań zastępowano rekwizytami. Co się zmieniło? Dlaczego tak mało ludzi gra w duecie, w większych grupach, dlaczego tak mało komików eksperymentuje na scenie z formą…

Mam na to pytanie trzy potencjalne odpowiedzi.

Jeden. Natura stand-upu.

Zanim podam tę hipotezę wyjaśnię, że ja osobiście jestem stand-uperem pół krwi. Zacząłem od skeczy i nie mam zamiaru przestać ich robić. Jestem kundlem, mieszańcem, stand-uperem kabaretowym. Czy jest w tym coś złego? No moim zdaniem nie. Nawet wręcz przeciwnie. Im większej ilości form próbujesz, tym więcej wiesz, więcej się uczysz, mniej się nudzisz. Zarówno sobie jak i publiczności. Z kolei spore grono stand-uperów czystych, czyli tych stricte stand-upowych kabaretem jawnie się brzydzi. W opisie co najmniej trzech polskich komików spotkałem się z informacją, że za swoje największe osiągnięcie uważają fakt, że nie zostali przyjęci na festiwal PAKA.

Bo stand-up w czystej postaci to często dzikie i złośliwe zwierzę. Szczerzy kły, szczeka, jak jest odpowiednio ciemno, to kąsa. I nie dotyczy to jedynie polskiej odnogi tego nurtu. Jestem naprawdę głupi i przed wyjazdem do Pragi wszedłem na stronę Undreground Stand-up Praha.

Znalazłem na niej między innymi taki komunikat:

„Myslíme si, že český humor je jednou z těch mnoha skvělých charakteristik našeho národa, ale podoba zábavy v posledních letech tragicky upadla. Máme pocit, že nadešel pravý čas, aby se mikrofonů chopila nová generace.”

Nie znam czeskiego, ale przetłumaczę powyższą wypowiedź sercem:

„Uważamy, że czeski humor jest jedną z wspaniałych cech naszego narodu, ale jakość rozrywki w ostatnich latach drastycznie spadła. Naszym zdaniem za mikrofon powinna chwycić nowa generacja.”

Czyli to samo pierdolenie co u nas. My, ortodoksyjni stand-uperzy jesteśmy zajebiści, wszystko starsze jest do dupy i trzeba to zwalczać. Tak jest u nas, tak to najwyraźniej wygląda w Czechach, możliwe że tak to wyglądało w Stanach. Być może młody amerykański stand-up był równie waleczny i buńczuczny i w końcu zatłukł komedię skeczową, która z reguły jest bardziej potulna i mniej krzykliwa (co nie znaczy, że bardziej ambitna.)

Dwa. Kwestie organizacyjne.

Parę lat temu, zanim stand-up stał się u nas modny, regularnie można było zaobserwować następującą sytuację: Na przegląd przyjeżdża młody kabaret, w którym jednak osoba jest bardzo dobra, a reszta kwalifikuje się jako popychadła, zapchaj-dziury, ludzie bez charyzmy, zdolności i umiejętności, których się wręcz nie zauważa i nie odróżnia. Wybija się tylko jeden, ten dobry. Aż się prosi, żeby zastosować tutaj Brzytwę Ockhama i poodcinać wiodącemu kabareciarzowi worki, które obciążają mu nogi. Często zdarza się też druga sytuacja – ktoś, nie ważne czy dobry czy kiepski, zakłada kabaret, ale nikt oprócz niego nie podchodzi do sprawy poważnie. Nikt nie chce wypływać na szerokie wody i zdobywać świata. Trzy czwarte ekipy chce się jedynie pobawić, odhaczyć nowe doświadczenie… Ponownie, Brzytwa Ockhama sama wsuwa się do rąk. Dzisiaj już w naszym kraju funkcjonuje dosyć prężny stand-up, więc zarówno ten bardzo dobry komik, jak i ten wierzący we własne siły, może spojrzeć na sprawę inaczej. Może stwierdzić, że nie ma co się męczyć, że lepiej działać samemu. Poza tym uwierzcie, że te wszystkie kostiumy i rekwizyty są ciężkie i wkurwiają. Na występ kabaretowy idę ociężale jak żółw, przygnieciony do ziemi wielkim plecakiem. Na stand-up lecę lekki jak ptak. Krótko mówiąc stand-up jest trudniejszy do zagrania, ale łatwiejszy organizacyjnie…

Możliwe, że w Stanach też tak było. Że stand-up wygrał, bo łatwiej zacząć go robić.

Trzy. Miejsca, z którymi współpracujesz.

Często spotykam się z mylnym przekonaniem, że tradycyjni kabareciarze nie utrzymują kontaktu z publicznością. To bzdura. Kontakt musi być, energia musi przepływać, musi się pojawiać mrugnięcie oka. Ale jednocześnie w stand-upie kontakt jest pełniejszy, dłuższy, występ bardziej przypomina rozmowę. I dlatego właśnie ta ostatnia forma lepiej sprawdza się w knajpach, przed publicznością, która siedzi przy stolikach a nie w rzędach. Rzędy powstały po to, aby skierować w jedno miejsce uwagę widowni. Audytorium siedzące przy stolikach niemal automatycznie jest bardziej rozgadane, mniej skoncentrowane, łatwiej odpływa, chętniej dogaduje (wpływu alkoholu też nie da się tutaj pominąć). Stand-up możesz przerwać właściwie w dowolnym momencie, pójść w dryf, odzyskać uwagę, zmiażdżyć hecklera, ewentualnie polec w tym zadaniu i wyśmiać samego siebie, a następnie wrócić do wątku… Skecz przerwany w połowie, no cóż jest już do niczego. Kabaret bardzo słabo wypada w małych knajpkach, gdzie widownia siedzi przy stolikach i chleje. A z knajpami właśnie najlepiej się współpracuje… Chcą, żeby się działo, zależy im na ściąganiu nowych klientów, są skłonne wyłożyć pieniądze. Z kolei domy kultury, w których dobrze gra się skecze to mamuty. Ich zarządcy, to zazwyczaj dyrektorzy mianowani jeszcze w komunizmie albo tuż po. Wiedzą, że i tak dostaną kasę od państwa. Jeśli zrobią rewelacyjną imprezę z kolei, nie dostaną kasy większej. Nie opłaca im się więc starać. Zachowują status quo i zapełniają kalendarz imprez geriatrycznymi wieczorkami poetyckimi i popisami tanecznymi nastolatek. No i trochę zdryfowałem z tematu, bo w Stanach zdaje się nie ma domów kultury w naszym tego słowa rozumieniu… Mimo wszystko fakt, że stand-up łatwiej się gra w knajpach niż skecze, mógł się przyczynić do jego popularności.

Czy któraś z powyższych teorii jest prawdziwa, czy nie, nigdy się nie dowiemy. Zastanawiam się za to, czy w Stanach funkcjonuje prężnie działające podziemie skeczowe. Czy grają tam dziesiątki mało znanych sketch comedy ensembles, którym za cholerę nie wychodzi przeciśnięcie się do wielkich mediów, tak jak nie bardzo to idzie polskiemu stand-upowi…

Zapraszam do przeczytania wpisu o sprzedajnych komikach.

Komentarze

Komentarze

Jedna myśl na temat “Jakim cudem stand-up…”

Możliwość komentowania jest wyłączona.