Kraków – recenzja miasta kultury po trzynastu latach

6604319509_54b0f09d37_o

Kraków – miasto, w którym psom nie wolno sikać, bo każdy skrawek chodnika jest kultowy albo, co jeszcze gorsze, święty. Tutaj pomniki ochoczo stawia się nawet pawiom, które w różnych urokliwych zakątkach raczył puszczać legendarny założyciel Piwnicy pod Baranami – Piotr Skrzynecki (a przynajmniej ja często natrafiam na pomniki, które wyglądają jak rzygi). Przyjechałem do Krakowa, żeby zasmakować życia artystycznego, kultury, świata, żeby być jak Przybyszewski z felietonów Żeleńskiego. Z perspektywy czasu stwierdzam, że aby zrealizować powyższe cele zdecydowanie nie powinienem wybierać polibudy jako macierzystej uczelni…

Mieszkam tutaj już chyba ze trzynaście lat. Na początku chodziłem na jakieś koncerty, ale szybko odkryłem, że bynajmniej mnie nie interesuje o czym tak poetycko śpiewa ta pani, ani nie umiem stwierdzić, czy ten pan naprawdę umie grać na tej trąbce (puzonie, klarnecie, trombicie, jeden chu…). W teatrze byłem tylko kilka razy, bo drogo. Do opery wybrałem się z kolei jedynie raz, ale za to na balet, więc za jednym zamachem odfajkowałem dwa obowiązkowe punkty kulturalne. Wszedłem tam właściwie przypadkiem i jednocześnie bokiem, bo akurat dysponowałem wejściówkami przeznaczonymi dla tancerzy (tak ja. Jak do tego doszło, to już dłuższa historia). Siedziałem i ze średnim namaszczeniem obserwowałem, jak kompania ze Słowacji macha w powietrzu nogami, podskakuje, chlasta szpagaty i zastanawiałem się, co to ma u diabła wspólnego ze znajdującym się w tytule przedsięwzięcia ognistym ptakiem. Szpagaty jak szpagaty. Pierwszy zrobił na mnie wrażenie, kolejne niekoniecznie. I ogólnie całość kojarzyła mi się z ubogim przedstawieniem cyrkowym. Niby się popisywali możliwościami swojego ciała, ale jakoś tak niemrawo. Jakby ktoś pomiędzy trykociarzy wpuścił lwy, foki i połykaczy ognia, byłoby zdecydowanie ciekawiej.

Jak widać po lekko wzdętym stylu mojego pisania, zawsze chciałem być autorem. Liczyłem, że po przyjeździe do Krakowa, zetknę się ze światkiem literackim. Owszem zetknąłem się. Nie zostałem autorem, ale kelnerem i raz musiałem wypieprzyć z knajpy Romę Ligocką. Przyszła tuż przed zamknięciem, a wiadomo, że dla w kelnerskiej mentalności „tuż przed zamknięciem” kwalifikuje się jako „dawno po zamknięciu”. Opierała się, koniecznie chciała zeżreć tę lazanię i w życiu bym jej nie poznał, gdyby nie sama nie wykrzyczała, że ona jest Roma Ligocka, że napisała Dziewczynkę w Czerwonym Płaszczyku i że oczekuje szacunku. Nie dostała. Ani lazanii, ani szacunku.

W ogóle pracując w restauracji otarłem się o wielkich ludzi ze świata kultury i sztuki. Obsługiwałem Iwana Wyrypajewa razem z żoną Gruszką (ta taka aktorka, no wiecie), Emiliana Krakowskiego, Huberta Urbańskiego a nawet Dodę. Ta ostatnia jako klientka jest naprawdę sympatyczna, ale przez chwilę mnie korciło, aby wylać jej drinka na głowę, a później zacząć okładać się po własnym łbie kelnerską tacą i krzyczeć: „ja jestem Tomek Biskup z kabaretu PUK! ja jestem Tomek Biskup z kabaretu PUK!” Nagłówki na pierwszych stronach faktoidów na pewno drastycznie przyspieszyłyby moją karierę.

Raz, już nie jako kelner zostałem też zaproszony na śniadanie Gazety Krakowskiej. Jest to przedsięwzięcie na które ten tygodnik parę razy do roku spędza celebrytów oraz celebrytów awaryjnych na wypadek, gdyby ci prawdziwi nie raczyli się stawić. Ja pełniłem właśnie funkcję swoistego bezpiecznika. Zasiadłem przy stole z Janem Kantym-Pawluśkiewiczem, Michałem Rusinkiem i profesorem Dźwigajem (stawia te pomniki, które wyglądają jak rzygi). Wtedy jeszcze na stronie kabaretu stało jak wół, że jestem dźwiękonaśladowcą… No tutaj należą się wyjaśnienia. Nie jestem. Umiem udawać psa, sowę i małpę. To tyle. Natomiast prowadząca spotkanie redaktorka przedstawiła mnie właśnie jako, no kurwa, dźwiękonaśladowcę… Kanty- Pwaluśkiewicz nalegał, abym pokazał swoje możliwości, Rusinek przyklasnął. I tak właśnie obszczekałem etatową sekretarkę Szymborskiej. Jakby była Szymborska, też bym ją obszczekał. Z całkowicie niezrozumiałych dla mnie przyczyn, więcej na owo śniadanie zaproszenia nie otrzymałem.

Także, może i Kraków jest miastem kultury, ale ja na stówę jestem chamem.

Komentarze

Komentarze

3 myśli na temat “Kraków – recenzja miasta kultury po trzynastu latach”

Możliwość komentowania jest wyłączona.