Syf, śmieciarstwo, bałałyga

Mój dziadek zachowywał na wieczność dziurawe patelnie (Tak zwany fakt autentyczny. Swoją drogą, ile jajek trzeba usmażyć, żeby wypalić w patelni dziurę?) Jeśli zepsuł się fotel, zamiast na śmieci wynosił go do komórki. To, że przecinał na pół tubki pasty do zębów i mył zęby za pomocą nieistniejącej zawartości przez kolejny miesiąc, to chyba oczywistość. Dziadek miał wysoką emeryturę, ale ludzie, którzy przeżyli wojnę podobno lubią klepać biedę na wszelki wypadek. Więc klepał i gromadził szmelc. To wszystko z oszczędności… pieniędzy. Ja postępuję podobnie, ale ze względu na oszczędność sił własnych, bardziej powszechnie znaną jako lenistwo. Przeprowadzam się za tydzień, już zaczynam sprzątać i jestem cokolwiek przerażony.

W kącie pokoju stoi biurko. Służy tylko jako składnica wszystkiego. Nie pracuję przy nim, bo od trzech lat nie udało mi się zebrać do zakupu krzesła. Cały czas kępiłem się z laptopem na kanapie przy małym stoliku do kawy (a kawy nie piję…). Na biurku, jak już wspomniałem, leży wszystko. Uwielbiałem swój czytnik Prestigio, który zgubiłem rok temu podczas wycieczki do Berlina, ale bynajmniej nie moja sympatia do sprzętu była powodem, dla którego pudełko po nim zalęgło się na biurku na wieczność. Obok opakowania po czytniku spoczywa yo-yo. Dostałem je jako gratis do butów w sklepie Deichmann. Pamiętam, powiedziałem wręczającej mi je ekspedientce, że będę uczył się sztuczek i przychodził co miesiąc, żeby pochwalić się postępami. Po jej minie widziałem, że nie jest pewna, czy się wygłupiam czy mówię poważnie. Też nie byłem pewien.

Oboko yo-yo, yo-ya, czy jakkolwiek się to odmienia leży młotek. Miniaturowy, bo był najtańszy. Dlaczego go kupiłem, to nie wiem. Nie pamiętam nie, mam pojęcia. Przecież ja nie naprawiam rzeczy, ja czekam aż się rozpadną, a wtedy zamiast wyrzucić, pozwalam im smętnie leżeć albo wisieć, zależnie od tego, czy wcześniej zajmowały pozycję pionową czy horyzontalną. Być może młotek kupiłem, żeby się nim w łeb łupnąć. Nawet zaczynam w sobie wzbudzać pseudo-wspomnienia, w których przechadzam się w Obi alejką podpisaną: NARZĘDZIA MECHANICZNE ZMNIEJSZAJĄCE POZIOM GŁUPOTY. Nie podziałało. W końcu młotek jest zbyt mały. Młotek leży na laptopie, który odmówił współpracy mniej więcej rok temu. Zasyczał, zabuczał i cyk. Nie ma. Niektóre jego części pewnie jeszcze działają, ale ja wolę poczekać aż osiągną na tyle niską wartość, że bardziej mi się będzie opłacało wyrzucić go, niż sprzedać (na razie mi się nie opłaca). Spomiędzy laptopa i młotka dwa bilety MPK Budapeszt. Kosztowały jakieś osiem złotych łącznie i są całkowicie ważne. One z kolei czekają, aż wykupię przejazd do Budapesztu tak i z powrotem za jakieś sto sześćdziesiąt złoty, żeby je zużyć podczas bezsensownej przejażdżki najstarszym metrem kontynentalnej Europy. Mogą sobie jeszcze chwilę poczekać.

Wrzucam niepotrzebne rzeczy do niebieskiego wora. Większość oznaczam mentalnie jako potrzebne i zabieram, żeby zaśmiecić nowe mieszkanie.

Komentarze

Komentarze