Jak napisać scenariusz głupiej komedii? – pomysły

white_chicks_01

Przede wszystkim wyjaśnię, co rozumiem pod słowem „głupia”. Nie chodzi mi bynajmniej o pastisze („Sceary movie”), filmy młodzieżowe („Van Wilder”), czy nawet laureatów Złotych Malin („Freddy got fingered”). Wszystkie powyższe produkcje trącą kretynizmem, ale jest to kretynizm do pewnego stopnia świadomy (a w przypadku ostatniego filmu można nawet mówić o debilizmie z wyboru…)

O wiele głupsze są moim zdaniem komedie familijne. Zazwyczaj z uporem maniaka udają, że nie wiedzą o stopniu swojego zdebilenia. Nie mogliście tego nie zauważyć… Przeważająca część z nich opiera się na prostym schemacie – bohater zostaje wrzucony do całkowicie niepasującego do siebie środowiska. Mamy więc miliony historii współczesnego Kopciuszka oraz tysiące wariacji na temat „Księcia i żebraka” (z „Nieoczekiwaną zmianą miejsc” na czele. To akurat dobry film, ale schemat jest w nim bardzo widoczny.) Pojawiają się też wszelkie możliwe odmiany przybysza – z kosmosu, przeszłości lub po prostu z innej kultury.

Pod spodem zamieszczam kilka spisanych na kolanie pomysłów na komedie bazujące na chamskim kontraście. Wszystkich, którzy weszli tutaj, żeby się dowiedzieć, jak pisać komedie?, muszę zmartwić. Zrobiłem Was w wała. Porad nie będzie.

Komuchy w zarządzie

Spadek to nad wyraz popularne narzędzie komediowe. Pozwala jednym sprawnym ruchem przerzucić bohatera do całkowicie nowego otoczenia. Umiera nieznany wujek i BACH! ślepy żebrak z Luizjany staje się właścicielem teksańskiej plantacji bawełny… Myśl jest taka… Prawnik, który spisywał testament właściciela wielkiej korporacji to potajemny komunista. Dlatego wprowadza dywersję i całość firmy zapisuje mieszkańcom małej północno-koreańskiej wioski. Ci prości ludzie za sprawą prania mózgu naprawdę wierzą w komunizm. Wioskowa starszyzna, wioskowa zielarka, a nawet wioskowy głupek stają się członkami zarządu i próbują wprowadzić ideologiczny, prosty i całkowicie awykonalny komunizm w międzynarodowej firmie. W tym ziarenku scenariusza od razu widzę pewien szkopuł… W głupich komediach jedna ze stron zazwyczaj jest dobra. Komuniści kontra korpo-szczury. Hmmm… Kogo tu wybrać?

Hipis na Dworze Fuhrera

Równie częsty zabieg to podróż w czasie. Bohater wędruje do innej epoki i nagle zyskujemy nieskończoną wręcz ilość kontrastów. Niewyczerpany skarbiec sytuacji, z których możemy skorzystać. Przykłady to nie tylko „Goście, goście” „Jankes na dworze króla Artura”. Mamy też cały cykl „Powrót do Przyszłości”, „Idiokrację” oraz  „Człowieka Demolkę” (Zaskoczeni? Obejrzyjcie jeszcze raz. Ja w tym filmie widziałem sporo interesujących motywów humorystycznych.) Tutaj taki koncept… Prawdziwy hipis żyjący u szczytu ery dzieci kwiatów jara trawę z zaczarowanego bongo i przenosi się w czaso-przestrzeni. Trafia do Norymbergi A.D. 1936. Ponieważ posiada blond włosy i niebieskie oczy, zostaje zakwalifikowany jako członek rasy aryjskiej. Zyskuje osobistą sympatię Heimricha Himlera, który proponuje mu objęcie wysokiego stanowiska w S.S.. Ponieważ hipis akurat jest zjarany, ową propozycję przyjmuje. Tworzy elitarny oddział mający walczyć o czystość rasy pokojem. Jego żołnierze noszą pacyfki oraz mundury w kwiaty (aczkolwiek zachowują oryginalny krój uniformów S.S.)

„Człowieku, który gapił się na kozy” pojawił się oddział pokojowych żołnierzy mistyków. Mój pomysł niestety jest odrobinę podobny, ale trudno.

Latisha Dalajlamą

Kolejnym mocno eksploatowanym zabiegiem jest zesłanie, wygnanie, w każdym razie przymusowa podróż w odległe kulturowo miejsca… Jakoś tak wyszło, że w wyjątkowo wielu komediach drobni, ale sympatyczni przestępcy trafiają do przybytków sakralnych. Każdy na pewno widział „Nie jesteśmy aniołami” oraz „Uciekające zakonnice” (Koncepcje tych produkcji są właściwie identyczne. W pierwszej bandyci ukrywają się w zakonie męskim, w drugim udają dwie wyjątkowo paskudne siostrzyczki w zakonie żeńskim…) Mamy też oczywiście „Zakonnicę w przebraniu” i kilka filmów, w których gangsterzy dekują się u Amiszów. Mój pomysł jest następujący: Mnisi tybetańscy od kilkunastu lat nie mogą zlokalizować nowego wcielenia Dalajlamy. Duch przywódcy zgubił się w samsarze czy tam coś… W końcu namierzają sygnał. Poszukiwacze jadą do ameryki. Okazuje się, że kolejnym mistrzem jest Latisha – dziewczyna z Bronxu, o skórze koloru kawy ze śmietaną. Latisha ćpa, kradnie, puszcza się i klnie, jakby jej za to płacili. Z przyczyn oczywistych jest poszukiwana przez policję. Dlatego i tylko dlatego przyjmuje propozycję mnichów i wędruje z nimi do odległego Tybetu, żeby objąć przywództwo duchowe nad współczesnym buddyzmem….

(Fabuła minimalnie, ale tylko minimalnie, przypomina historię opowiedzianą w „Złotym dziecku”. No trudno.)

Zapraszam do przeczytania posta z pomysłami na postacie do sitcomów.

Komentarze

Komentarze