Pieprznięty Maksymilian Estrady

immortal joe

Parę tygodni temu udałem się do pobliskiego kinopleksu, aby obejrzeć wiekopomne dzieło pod tytułem „Mad Max : Droga gniewu.” Poszedłem sam, bo:

1. Po jaką cholerę chodzić do kina z kimś. I tak nie pogadasz o filmie w jego trakcie, a czasy migdalenia się w ciasnych fotelach trollących starym popcornem ze zjełczałym masłem mam już za sobą.

2. Jestem lekko walniętym samotnikiem i nie chciałem nikogo pytać, czy pójdzie ze mną do kina, żeby nie zepsuć sobie wspomnianego właśnie wizerunku.

Film kwalifikuje się jako genialny. Dzięki tonom komputerowego make-upu post-atomowa pustynia wreszcie wyglądała jak należy, a wielkie, napędzane ropą bryki są już nawet nie tyle epickie, co biblijne. Oglądałem, siorbałem absurdalnie drogą colę, która ze względu na sugestywność filmu, zaczęła smakować jak olej silnikowy i nagle doznałem olśnienia!!! Pomiędzy jednym wystrzałem a drugim, w przerwie morderczego motokrosu, w płynącej z ekranu mieszaninie krwi i benzyny niespodziewanie zrozumiałem, że jestem Mad Maxem Estrady.

Inni już okupują prywatne oazy, w których żyją szczęśliwie dojąc na potęgę mleko grubych bab. Ustawili się i mają stały dostęp do kul i benzyny. A ja się dalej wycieram po pustyni małych scen męcząc silnik swojej wiernej, styranej bryki. Znaczy nie mam wiernej, styranej bryki, ale na pewno posiadam coś, czego metaforą mogłaby ona być.

Wprawdzie nigdy nie odstrzeliłem nikomu głowy za pomocą shotguna, ale rzeczy, które czasami wygaduję, bywają co najmniej równie zgubne w skutkach (tylko, że dla mnie, nie dla słuchającego). Wiele wskazuje na to, że jestem pieprznięty. I mógłbym to przerobić na buntowniczy szpan. Mógłbym powiedzieć, że ja się nie rzucam na płaszczkę przed wielkimi świata komedii i nie całuję ziemi, na której raczyli postawić stópkę, by tylko pozwolili mi zagrać jako support suportu bez zwrotu kosztów przejazdu. Ale jednak wolę wersję pierwszą. „Jestem pieprznięty” – brzmi mi w uszach bardziej dumnie.

I pewnie dalej tak będę jeździł zacierając silnik, aż w końcu zwariuję i przed oczami będzie mi tkwił obraz lekko upiornej dziewczynki (dlaczego ten motyw był tylko w pierwszych scenach filmu?!?). Pewnie dojdzie nawet do sytuacji, w której będę zmuszony na surowo opierdolić dwugłową jaszczurkę. Ale to nawet dobrze… Im dłużej będę tkwił w okresie hmm… nazwijmy to umiarkowanego rozkwitu kariery, tym większa szansa, że ktoś o mnie kiedyś nakręci film. Bo produkcje o ludziach, którzy odnieśli spektakularny sukces od razu są takie raczej nudnawe…

P.S: Ludziom, którzy obejrzeli „Mad Max: Road of Fury” tekst będzie się wydawał minimalnie mniej bezsensowny.

Komentarze

Komentarze