Dlaczego ateiści powinni wysyłać dzieci na religię?

Kobiety zaślubioneLouis Bunuel powiedział kiedyś, że jest ateistą dzięki Bogu. Nie do końca wiem, co miał na myśli, ale wcale mnie to nie martwi. Bunuel był reżyserem surrealistycznych filmów, więc mógł wygłosić powyższą sentencję zwyczajnie z potrzeby pierdolnięcia w towarzystwie czegoś dziwnego. Ja mam podobnie. Jestem ateistą dzięki lekcjom religii (i mojemu dziadkowi).

Przez osiem lat podstawówki i cztery lata liceum uczęszczałem na katechezy prowadzone przez dosyć pokaźną menażerię indywiduów. Był więc ksiądz, który przypominał z wyglądu Jasia Fasolę. Była katechetka o płomiennej grzywie rudych włosów i złowieszczej minie inkwizytorki. Była wreszcie młodziutka siostra Agnia, która starała się być cool jeszcze bardziej nieudolnie niż przeciętny uczeń gimnazjum.

Katechetka regularnie wpadała w szał, pieniła się i w improwizacyjnym ferworze dodawała do biblii własne fragmenty (jak na przykład to, że Maryja na pewno nie straciła błony dziewiczej po porodzie. A jak nawet straciła, to wyżej wymieniony skrawek tkanki na pewno sam odrósł. Co ona jest Wolverine?) Siostra Agnia próbowała nas ewangelizować używając języka młodzieżowego, ale odrobinę spieprzyła reaserch. W późnych latach dziewięćdziesiątych mówiła do nas slangiem z wczesnych lata osiemdziesiątych. Raczyła nas więc takimi powiedzonkami jak: synku, wali ci na czachę; ale kwas i spoko majonez. Ostatni fakt dotyczy księdza. Wydarzenie miało miejsce chronologicznie najwcześniej (połowa podstawówki), ale jest najbardziej dramatyczne, więc opisuję je na końcu. Księżulo podczas rekolekcji postanowił nas zamknąć w kościele i oświadczył, że nikt z budynku nie wyjdzie, dopóki nie cmoknie Jezuska w stópki. Sam nie wiedziałem, czy mam płakać czy się śmiać. Zmuszanie do autoupokorzenia przed blaszaną figurką z jednej strony jest trochę smutne. A z drugiej strony zmuszającym był Jaś Fasola. Ciężko się nie śmiać.

Gdybym nie zaznał wszystkich powyższych bzdur, pewnie w którymś momencie życia uznałbym, że religia nie jest wcale taka zła. Może bym został jakimś scientologiem albo buddystą. A tak proszę. Jestem skutecznie zrażony na całe życie.

Przez krótki czas mówiłem taki kawałek stand-upu:

„Mój dziadek był ateistą i to od bardzo dawna. Już kiedy walczył w partyzantce, wrzucił księdzu na plebanię granat. I wcale nie chodziło o to, że ksiądz współpracował z Niemcami. Chodziło o to, że dziadek przechodził obok plebanii i miał granat.

Kiedy już byłem w Liceum, kumplowałem się z kilkoma metalami. Dziadek zaczął się dopytywać:

 – Słuchaj, Tomciu. O co chodzi z tymi chłopakami, którzy noszą długie włosy i czarne płaszcze?

– Wiesz, dziadziuś, to jest taka subkultura, która słucha ostrej muzyki i nie lubi kościoła.

I od tej pory mój dziadek chodził po osiedlu i jak zobaczył metala, dawał mu cukierki.

Od kiedy mój dziadek umarł, zaczął pojawiać się w moich snach. Zawsze stoi w nich na tle falującego zboża, ma na sobie białą szatę i jest jakiś smutny. Mówi do mnie:

– Wiesz, Tomek. Myliłem się. Istnieje Bóg. Istnieje niebo. Trafiłem do nieba. Myliłem się całe życie….. Ale daj mi parę lat, a rozpierdolę to wszystko od środka.

Oczywiście powyższy fragment to fikcja. Mój dziadek nie wrzucił nikomu granatu na plebanię i nie pojawia mi się w snach. Za to był zagorzałym ateistą i nienawidził kościoła jak jasna cholera. Zawsze jak wkurzyłem w szkole księdza/katechetkę/zakonnicę, to się cieszył. Także posyłajcie dzieci na religię, pozwólcie im uprawiać intelektualny sparing z zabobonami i się cieszcie. Amen.

Komentarze

Komentarze