Najbardziej oklepane sposoby na wyciskanie słonej cieczy z oczu

ŚMIESZNY PŁACZ

Łzy w teorii służą nawilżaniu rogówki i spojówki. W praktyce jednak znajdują sobie kilka innych powodów by płynąć… Ten słonawy lubrykant płynie najbardziej obficie podczas pogrzebu babci i krojenia cebuli. Smutek. Na jaką cholerę nam smutek? Radość ma to zastosowanie, że daje człowiekowi formę nagrody za osiągnięcia. Złość przydaje się podczas atakowania występujących w ekosystemie zagrożeń (aczkolwiek według tych kryteriów największym naturalnym wrogiem współczesnego człowieka okazuje się być zepsuta drukarka).  Dlaczego płaczemy, kiedy matka naszej matki podwinie kopyta? Może smutek jest nam potrzebny właśnie po to, aby solidnie nawilżyć oczy. Istnieje cała grupa filmowców wyspecjalizowana w drażnieniu kanalików łzowych. Sprawdźmy po jakie sztuczki sięgają.

Samotna baba z dziećmi

Doskonale wiemy, że rodzina powinna mieć stałe elementy – matkę, ojca i te takie małe, które drą ryja. Kiedy wyeliminujemy ojca i zostawimy jedynie matkę i te takie małe, które drą ryja, nagle okazuje się, że większości ludzi robi się słono w okolicach oczu. Znaczy przynajmniej podczas oglądania filmu. Bo przecież każdy z nas ma sąsiadkę-dresiarę będącą przy okazji samotną matką. Każdy z nas ma ją też umiarkowanie w pompie. Co ciekawe, kiedy wyeliminujemy matkę i z dziećmi zostawimy samotnego faceta, powstaje komedia…

Samotne dzieci bez baby

Jak wyrugujesz z rodziny matkę i ojca, to w ogóle nie musisz nic robić. Wystarczy nakręcić, a później obserwować jak baby oglądając smarkają partnerom w kołnierzyk i inkasować pieniądze (chyba, że rodzice znikają tylko na czas świąt, a dziecko ma na imię Kevin. Wtedy ponownie komedia.) A tymczasem nad losem sierot tak naprawdę nie ma co szlochać… Dzieci wychowane bez rodziców to z reguły twarde sztuki. Bynajmniej nie można ich nazywać sierotami życiowymi. Od małego musiały się troszczyć o siebie, więc są raczej harde. Właściwie czasami nawet żałuję, że nie zostałem porzucony w dzieciństwie, bo może teraz nie byłaby ze mnie taka miękka pipa.

Dobry fiut

Wiesz, twardy gość. Był w więzieniu, do którego trafił za uliczną eutanazję na staruszce. W pierdlu zajmował się głównie przegryzaniem krat i znęcaniem się nad osiłkami z tatuażem swastyki na wygolonej czaszce. Gra go Willem Dafoe lub Billy Bob Thornton. Fiut, gnida bez sumienia, sprzedałby własną matkę za nadgryzionego hot-doga. A tu bang! Na końcu filmu okazuje się, że jednak ma serce i pomaga jakiejś zbuntowanej smarkuli odnaleźć siebie i pokój ze wszechświatem. To takie słodkie. Trzeba płakać.

Gość, który bardzo powoli umiera przez cały film

Przeciwieństwo czwartoplanowych bandziorów z produkcji ze Stallonem. Gość sukcesywnie umiera przez godzinę i dwadzieścia pięć minut. Ostatnie pięć minut to pogrzeb. Na początku nasz bohater nie ma żadnych prawdziwych problemów. Życie szczęśliwe jak pierwsze dziesięć sekund filmu o zombie. Sukcesy w pracy, żona z mało-widocznym botoksem i dzieci jak odlane w foremce. A tutaj bang! Dopada go mało znana krzyżówka dżumy i gruźlicy. Reszta filmu z reguły jest dosyć obrzydliwa, ale zamiast wymiotów jakimś sposobem wywołuje łzy nie wymioty.

Oczywiście największe strumienie płaczu powinien wzbudzić obraz o chorym dziecku, które wychowuje młodsze dziecko, które właśnie wyszło z więzienia. Nie wiem, dlaczego nikt na to jeszcze nie wpadł.

Komentarze

Komentarze