Czy e-papieros coś daje?

no-electronic-cigarette-sign

Doskonale pamiętam dzień, w którym zostało zabronione palenie w miejscach publicznych. Wtedy jeszcze zapieprzałem pomiędzy stolikami jednej z krakowskich restauracji. Przepis zakazujący jarania fajek był swoistym przełomem…

Przed jego wejściem w życie panował, no cóż, burdel. Lokal, w którym pracowałem, w teorii posiadał dwie sale – dla palących i dla niepalących. W praktyce były jednak oddzielone, no cóż, dwoma słupkami z metrową ścianką pomiędzy. A dym papierosowy z reguły wydychany jest na wysokości większej niż jeden metr. Nie do końca ma też w zwyczaju zatrzymywać się przed pomiętą kartką „Sala dla niepalących”. W praktyce więc na sali dla palących siedzieli ci, co palą. Na sali dla niepalących siedzieli ci, co tylko wdychają.

I nagle bum! Pojawił się zakaz ćmienia szlugów w miejscach publicznych. Nie jest on aż tak restrykcyjny jak zakaz spożywania alkoholu. Bo można jarać na chodniku, ale pić piwka już nie. Czyżby sejm obawiał się, że tłuszcza palaczy poruszana legendarnymi nerwami nałogowców weszcznie zamieszki?

Z map Polski zaczęły znikać speluny. Bo speluna musi walić fajkami. Bez smrodu nikotyny staje się jedynie lokalem o średniej jakości i proweniencji. Do drzwi restauracji zaczęli też codziennie pukać wysuszeni i podenerwowani palacze. Nie, nie Ci, którzy palą pół paczki dziennie. Ci, którzy w kąciku ust mają wyżłobiony kształt filtra. Ci, którzy nie zapalają papierosów. Ci, którzy ich nie gaszą. Z reguły byli wyjątkowo oburzeni faktem, że odebrano im prawo do podtruwania smrodliwym wyziewem innych.

Z czasem kopciuchy pogodziły się z faktem, że nie, że naprawdę się nie da. Że tak, że cały lokal jest teraz dla palących, i że nie, nie mogą po cichu jednego spod stołu. Wyposażyli się w lanserskie e-papierosy i zaczęli je pykać z cichym niezadowoleniem.

[I TUTAJ MÓJ MONOLOG BARDZO APROPOS]

Ja osobiście nigdy nie paliłem nałogowo. Zdarzyło mi się zajarać cudzesa, ale na szczęście nie dałem się wciągnąć. Dlatego właśnie miałem świetne pole do obserwowania znajomych.

Producenci e-papierosów jakby czekali. Wkroczyli na rynek niemal w tym samym momencie, w którym pojawił się zakaz palenia. Spora część palaczy rzuciła się do kupowania e-fajek, liquidów i ładowarek. Między jednym a drugim buchem słodkawej pary wyliczali, ile to oszczędzają. Jarali się też, że dzięki nowemu gadżetowi rujnują sobie zdrowie odrobinę mniej…

Szybko, bodajże w ciągu pół roku okazało się, że e-palenie nic nie daje. Po paru miesiącach wielu z moich znajomych skończyło z dwoma nałogami. Palili e-papierosy w miejscach publicznych, a jak tylko mogli wybiegali na mróz, żeby struchlałymi palcami spalić normalną fajkę. E-palenie zwyczajnie jest jak seks z gumową lalką. Spoko z braku laku, ale raczej nie zastąpi prawdziwych doznań…

Komentarze

Komentarze