Śmiech z puszki – zwięzła historia syntetycznego rechotu

Dwa razy organizowałem nagranie własnego stand-upu i dwa razy spotkałem się z pytaniem, po co właściwie ściągam na ten event widownię. Że przecież łatwiej i lepiej byłoby załatwić sprawę przy pustej sali. Łatwiej na pewno. Lepiej na pewno nie. Bo po pierwsze, pomiędzy widownią i występującym przepływa energia (i sam już nie wiem, czy to jest metafora czy rzeczywiście działa tutaj jakaś jeszcze niezbadana przez naukę siła). Po drugie zaś, widzowie mniej chętnie śmieją się z produkcji, przy których nie słyszą śmiechu. I jakoś mnie tak natchnęło, żeby napisać o znanym i nielubianym zjawisku – o laugh tracku. 

Pierwowzorem sztucznego śmiechu na pewno był klakier. I bynajmniej nie chodzi mi o kota ze Smurfów (a ten zresztą w oryginale nosi odrobinę bardzie mroczne imię – Azrael). Klakier to taka teatralna cheerleaderka. Zajmował się oklaskiwaniem za pieniądze (często konkretnego aktora). Na komediach klakier się śmiał, na dramatach płakał. Co ciekawe, często, jeśli klakier nie dostał pieniędzy, to też przychodził na spektakl. I wtedy na komediach płakał, a na dramatach się śmiał. W dziewiętnastym wieku klakierzy stanowili niemalże mafię, która mogła położyć bądź uratować spektakl.

Wspomniałem już o energii. Komicy występujący we wczesnym radiu mieli nie lada zadanie. Bo musieli przenieść się z, bądź co bądź, żywej sceny do mrocznej i zimnej pustki eteru. Dlatego właśnie programy radiowe (a później telewizyjne) zaczęto nagrywać z żywą widownią.

Prawdziwa publika to jednak spory problem. Bo trzeba ją po pierwsze zorganizować, po drugie pilnować, żeby nie łaziła przed kamerami. Po trzecie natomiast statystyczny widz za cholerę nie chce się śmiać podczas siódmego ujęcia tej samej, przezabawnej przecież, sceny. Z powyższych powodów powstały laugh tracki. Twórcą pierwszego urządzenia do symulowania reakcji widowni był Charles Douglass – amerykański inżynier dźwięku. W latach sześćdziesiątych skonstruował swój laff box. Jak wiele rzeczy u swoich początków, podkładanie śmiechów było formą sztuki a nawet misterium. Charlie sam zaprojektował i złożył maszynę. Sam też zebrał do niej śmiechy i inne reakcje (nagrywał je głównie podczas występów pantomimicznych, gdyż z nich łatwiej było wyekstrahować dźwięki dochodzące z widowni). Działanie urządzenia było tajne w niemalże równym stopniu co mechanizm szyfrujący Enigmy. Charlie i jego rodzina (głównie syn) w latach sześćdziesiątych posiadali w Stanach monopol na podkładanie śmiechów. Przywozili ściśle zabezpieczoną maszynę do studia i grali na niej jak na organach. Na maszynie było nagranych ponad 320 rodzajów śmiechu (plus westchnienia, delikatne szlochy i oczywiście sporadyczne buczenia).

laffbox_douglas

No dobrze, ale po cholerę to wszytko. Przecież z zapuszkowanym śmiechem nie wiąże się żadna energia. No nie wiąże się. Ale wiele wskazuje na to, że jesteśmy stworzeniami o wiele prostszymi niż nam się wydaje. Badania przeprowadzone w Londynie w 2006 roku jasno wykazują, że kiedy słyszymy śmiech, sami zaczynami się śmiać. Takie błędne koło, które zapewne wiele ma wspólnego z tym, że podświadomie wszyscy (nawet najwięksi outsiderzy) chcemy dostosować się do tłumu…

Aby pokazać, jak mocno działa laugh track, zamieszczam fragment  Big Bang Theory, z którego śmiechy wycięto (pochodzi on z kanału sboss). Spróbujcie zgadnąć, które z tych okrutnych i smutnych tekstów są żartami. Ciężko, prawda?


Komentarze

Komentarze