Zaczynam prowadzić kanał komediowy na Youtubie

Zazwyczaj w moich wpisach o coś chodzi. W tym też, ale jakby inaczej. Ten post ma być raczej zapisem moich myśli w pewnej konkretnej materii. Ma mi pomóc zebrać te myśli w kupę i je przeanalizować. Nie będzie zawierał zbyt wielu pożytecznych informacji. Nie będę też silił się w nim na żarty. Ostrzegałem 🙂 A teraz, jeśli nie dałeś się wystraszyć, możesz czytać dalej.

Pierwszy filmik wgrałem na Youtube w roku 2008 (aczkolwiek już nie jest publiczny). To zaledwie trzy lata po powstaniu serwisu. W teorii więc jestem doświadczonym youtuberem. Praktyka jednak wygląda całkowicie inaczej. Przez znaczną część z tych ośmiu lat wgrywałem rzadziej niż raz na pół roku. Z reguły na kanale umieszczałem nagrania kabaretu PUK lub grupy AD HOC (często jakości delikatnie mówiąc średniej.) Jeśli macie ochotę, możecie przejrzeć mój youtubowy dorobek tutaj:

https://www.youtube.com/channel/UC5jcebp5Y8Qer_ZIa-fWzjA

Tak, wiem. Zdecydowanie muszę zmienić sobie adres na bardziej user-friendly. To jest jedna z wielu rzeczy, które muszę zrobić. Po ośmiu latach leniwego prowadzenia przynajmniej mam minimalną podstawę. Prawie dwustu subskrybentów i kilka filmików, którym wyświetleń przybywa samoczynnie (o  kilkaset miesięcznie, ale jednak). Jestem w zdecydowanie lepszej sytuacji, niż ktoś, kto musi kanał zakładać od zera. Nie jest to jednak sytuacja jakoś niewiarygodnie wystrzałowa. Zanim będę drugim Gonciarzem, czekają mnie najprawdopodobniej lata pracy.

Po pierwsze.

Jaki mam cel w prowadzeniu kanału na Youtubie?

Dokładnie taki sam jak w dziewięćdziesięciu procentach innych rzeczy, które robię w życiu (tak, jestem naprawdę monotematyczny). Chodzi mianowicie o jak największe wypromowanie siebie jako komika scenicznego. W dużym uproszczeniu o zwiększenie swojej popularności i cóż, sprzedawanie występów.

Dlatego właśnie pewien procent moich filmików muszą stanowić nagrania ze sceny. Mam wrażenie, że jeśli nagrywałbym wyłącznie monologi i skecze nakręcone w domu, publiczność mogłaby nie załapać, że występuję na żywo. Dlatego plan jest taki, że robię nagranie nowego materiału co kilka miesięcy (chodzi o nagrania dosyć profesjonalne – jedno mam już za sobą). Wszystko inne, co robię tylko na Youtuba ma prowadzić do filmików ze sceny.

Jestem człowiekiem bardzo podatnym na łapanie zajawek. Jednocześnie chcę w życiu spróbować się w jak największej ilości gatunków komediowych (aczkolwiek koncepcję zostania klownem już odrzuciłem). Sama praca nad filmikami będzie dla mnie sporą przyjemnością. Jestem też niemalże pewien, że nie zabraknie mi na nie pomysłów.

Gdzie więc leży problem?

W sprzęcie.

Mam jedną podróbkę kamery Go-Pro. Mam jeden rekorder średniej jakości oraz komputer. Mam też w domu kilka mikrofonów, z czego co najmniej jeden jest jakości naprawdę dobrej. Chwilowo nie dysponuję budżetem na zakup porządnego aparatu, zuma, obiektywów, lamp, radiowych mikrofonów i tych idiotycznych, blendujących parasoli, które często są widoczne na planach podczas making-offów.

Na szczęście mam też mózg.

Mózg, który pozwolił mi zauważyć, że najczęściej powtarzana prawda Youtube’a jest bzdurą… Wszyscy klepią w kółko, że najważniejsza jest jakość nagrania oraz interesujący kontent. Niestety, a może na szczęście, znam przykłady filmików nakręconych starą komórką, które rozchodzą się jak świeże bułeczki. Kontent? Nie rozśmieszajcie mnie. Jeszcze więcej jest filmików, w których osiedlowa blondyna opowiada o tym, co wczoraj kupiła w ciuchlandzie. To jest bzdura. Oczywiście planuję zawierać w swoich filmikach ciekawe rzeczy. Chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że Youtube poleca całą masę treści, które nie są ani dobre ani odkrywcze. Youtube bardzo by chciał, żeby jakość kontentu decydował ma a o tym, ile wyświetleń ma nagranie. Na razie Youtube jest na to jednak zbyt głupi.

Inna rzecz za to jest moim zdaniem w stu procentach prawdziwa. Regularność. To widać. Kanały, na które autorzy wrzucają codziennie, rosną w oczach.

Co planuję zrobić? Generować treści za pomocą tego, co mam. Wrzucać cztery do sześć razy w miesiącu (od maja udaje mi się utrzymać poziom trzy razy na miesiąc). Pomysłów na serie jak zwykle mam aż trochę zbyt dużo. Poeksperymentuję z nimi i za jakiś czas zobaczę, które zostają na stałe:

  1. Rzeczy ze sceny –  nie nazywam tej serii w żaden sposób, bo po co. Stand-up i innego rodzaju monologi. Nagrania z występów na żywo. Część zrealizowana profesjonalnie, a część za pomocą kamery sportowej.
  2. Shorty – tutaj nazwa z kolei jest niezwykle mało oryginalna. Tę serię już robię (konkretnie zrobiłem trzy odcinki). Są to monologi w postaci. W każdym odcinku nowa postać. Krótkie, zwięzłe, proste, kręcone moją podróbką Go-Pro.
  3. Najgorzej – seria gadana. Głos z recordera plus przewijające się zdjęcia oraz być może klipy. Ciekawostki. Najgorsi ludzie z danej kategorii. Z reguły z danego zawodu. Dużo własnego komentarza. Tak, oczywiście seria będzie bazowana na grze impro Najgorsze na Świecie.
  4. Turystyka Komika – nie lubię vlogów. Nie przepadam. Właściwie jedyne, które trawię, są turystyczne. Spróbuję. Też będę kręcił okazjonalne blogi z trasy. Konkretnie z tych tras, w których jadę w jakieś ciekawe miejsce (sorry, Bytom).
  5. Montaże – jak nie umiem montować, tak mam kilka pomysłów na humorystyczne filmiki oparte na łączeniu różnych treści. Tutaj na razie nie będę zdradzał szczegółów, bo popsuję potencjalne niespodzianki.

Wiem, że nad wieloma rzeczami muszę popracować. Muszę zrobić czołówki. Muszę znaleźć sposób na angażowanie widzów do komentowania. Muszę też wymyślić, jak mógłbym wchodzić w interakcję z innymi youtuberami. Naprawdę muszę to przemyśleć, bo z jednej strony wiem, jak bardzo jest to ważne. A z drugiej to nie planuję brać przykładu z Cezarego Pazury i wpierdalać fasoli na czas razem z Blowkiem (czy tam z innym gimbusem).

Komentarze

Komentarze