Jak wytłumaczyć media społecznościowe starym ludziom?

social-media-marketing

Moi rodzice jeszcze nie są jednoznacznie starzy. Żadna tam para dziadków telepiących się na ławce pod blokiem. Mają komputer, telefony komórkowe, a ojciec nawet pewien czas temu zaopatrzył się, o zgrozo, w tablet. Za to jak tylko zaczynam mówić o mediach społecznościowych, wieszają się jak Commodore, któremu wciągnęło kasetę. Wyraźnie próbują zrozumieć, ale wychodzi tyle, że zacinają się, dym zaczyna im lecieć z uszu, po czym mówią: „Aha, aha, to takie coś” i odchodzą. Teraz powiem, jak wytłumaczyć poszczególne media społecznościowe ludziom jeszcze starszym niż moi rodzice.

Facebook – to taka poczekalnia u lekarza. Siedzi w niej mnóstwo ludzi i każdy mówi, co go boli. Pomimo, że wszyscy mówią, nikt nikogo nie słyszy. A jak już ktoś usłyszy, to głośno mówi, że lubi to, jak bardzo tamtego boli.

Google Plus – nowa bajerancka przychodnia. Wszystko jest fajnie, lekarze mili i nawet lizol w powietrzu jakoś tak ładniej pachnie. A mimo to nikogo tu nie ma, nikt nie mówi, co go boli. A jak już nawet powie, to pozostali mają w dupie.

Twitter – taki telegram, który wysyła się do wszystkich ludzi na raz. Różnica jest jedna. Telegramów używało się, aby poinformować o śmierci, chorobie, spadku na giełdzie, ważnym wydarzeniu. Twiituje się głównie o bieganiu i o tym, że pudel zaczął linieć.

Youtube – bezpośredni następca kablówki. Czarny sen każdego producenta telewizyjnego. Tutaj tworzenie programów oddaje się nie tylko skrajnym debilom, ale też dzieciom i pozbawionym dykcji brzydalom. Kanałów są miliony, a w dalszym ciągu nie ma co oglądać.

Instagram – koszmar z wizyty u cioci – album ze zdjęciami, który nie kończy się nigdy. Na dodatek w albumie znajdują się głównie zdjęcia ciotki oraz jej obiadów.

A czy teraz ktoś mógłby mi wytłumaczyć, o co chodzi ze snapchatem?

Komentarze

Komentarze