Rozgrzewki widowni – open source estrady

widownia

Wiem, że od wczesnych lat dziewięćdziesiątych nikt oprócz Drozdy i innych wąsaczy nie używa słowa „estrada”. Szczerze mówiąc mam to w pompie. Będę używał takich słów, na jakie mam ochotę.

Rozgrzewki widowni to ciekawe zjawisko. Jeszcze dziesięć lat temu istniała właściwie tylko jedna. Nazywała się „a teraz bijcie brawo”. Obecnie korzysta się z niemalże setek tego typu zabaw, a trzeba przyznać, że niektóre są naprawdę ciekawe. Znaczna ich część pojawiła się w Polsce razem ze stand-upem i impro. Szczególnie wyraźne są związki pomiędzy rozgrzewkami a tym drugim nurtem. Bo spora część warm-upów ma za zadanie ośmielać publiczność i zachęcać ją do brania udziału w przedstawieniu. W końcu, jak widzowie milczą, to raczej nie podadzą żadnej sugestii.

Z rozgrzewek korzystają jednak wszyscy. Stand-uperzy, improwizatorzy, kabareciarze oraz konferansjerzy na festynach (tutaj zwracam uwagę na fakt, że niektórzy ludzie mieszczą się we wszystkich czterech kategoriach). I tu ciekawostka. Każdy komik walczy o to, żeby jego materiał był oryginalny. Żeby na jego żartach nie leżał nawet cień podejrzeń o to, że zostały skądś zerżnięte. A rozgrzewki rżną od siebie nawzajem wszyscy.

Jeszcze niedawno funkcjonowały tylko te obiegowe – zabawy, które prawdopodobnie przywędrowały internetem ze Stanów. Ludzie zaczęli jednak wymyślać własne. A inni ludzie zaczęli je kopiować. Słyszałem o drobnych (i lekko dziwnych) konfliktach na tym tle. I tak właśnie powstała tradycja mówienia przed rozgrzewką, od kogo została zaczerpnięta. Tak jest. Tagowanie wkroczyło do realnego życia.

Piszę i piszę, ale jeśli ktoś zaczął czytać ten tekst, żeby się czegoś dowiedzieć, to jak na razie się zawiódł. Dalszą część posta dedykuję laikom. Wyjadacze spadać, Wyborczą sobie poczytajcie.

Co to jest rozgrzewka widowni? To bardzo prosta gra. Może też mieć formę zadania. Chytry sposób na zachęcenie widowni do klaskania, krzyczenia, albo dowolnej innej reakcji (nawet buczenia). Pozwala przełamać lody, wypełnić czas oraz generalnie ogarnąć publiczność. Może też być nazywana warm-up game albo icebraker .

Jakie są przykłady rozgrzewek widowni?

Istnieją tego naprawdę dziesiątki. Prawdopodobnie nawet setki, a licząc warianty, tysiące. Ja podam cztery.

Pojedynek stron. Na początek prostak. Warm-up, w którym dzielimy widownię na dwie części. Tradycyjnie lewą i prawą. Następnie grupy krzyczą na przemian. Ich zadaniem jest wygenerować więcej hałasu niż grupa przeciwna. Nagród zazwyczaj nie ma, ale ludzi na tyle jara rywalizacja, że i tak się wkręcają.

Dwie ręce. Rozgrzewka na pozór zbliżona do poprzedniej. A jednak mocno inna. Kontrolujemy reakcje widowni dwoma rękami. Dajmy na to lewa ręka decyduje, jak głośno ludzie klaszczą (kiedy jest w dole, to nie klaszczą, jak jest w górze to pełen szał). Prawa ręka decyduje, jak głośno piszczą i krzyczą. Możemy też wprowadzić dodatkowe urozmaicenie w postaci podnoszenia jednej nogi (tym sygnałem wzbudzamy tupanie). Z dumą oznajmiam, że tę rozgrzewkę wymyśliłem sam. Możecie mnie tagować.

Kot/pies. Klasyk. Używają tego autentycznie wszyscy. Mimo wszystko jest to świetny icebraker. Kiedy konferansjer krzyczy „kot” – publiczność musi krzyknąć przeciwieństwo – w tym wypadku „pies”. Później dokładamy kolejne, na przykład „ogień” – „woda”. Po chwili krzyczymy do widowni całe kombinacje – przykładowo: „pies, ogień, kot”. Publa musi odkrzyknąć „kot, woda, pies”. Nie dość, że się rozgrzewa, to jeszcze ćwiczy inteligencję. Możemy dołożyć też elementy impro – pytać ludzi, co ich zdaniem jest przeciwieństwem dajmy na to do biurka. Przykład poniżej. Sorry za jakość nagrania. Podróbki podróbek kamer GoPro nie są aż tak znowu świetne, jak by się zdawało.

Tak, ten filmik został nagrany w Boże Ciało. Jestem heretykiem i gram w największe święta kościelne. A co! Nagranie uzupełniam nawiązującym do niego Twittem:

 

Co to jest? Nie wiem, czy tak brzmi nazwa tej rozgrzewki. Nie wiem, czy ta rozgrzewka w ogóle ma nazwę. Nie obchodzi mnie to. Zamieszczam ten warm-up, bo jest moim zdaniem niezwykle ciekawy. Wymaga też sporej dozy improwizacji. Konferansjer mówi zdanie. Publiczność powtarza jego ostatnie słowo, ale z pytajnikiem na końcu. Wtedy prowadzący traktuje widzów jak debili i tłumaczy im najprostsze rzeczy. Lepiej to zilustrować przykładem:

Konferansjer: Wczoraj byłem w górach.

Widownia: Górach?

K: Nie wiecie, co to góry? To takie wypukłości na powierzchni ziemi.

W: Ziemi?

K: Nie wiecie, co to ziemia? To taka planeta po której wszyscy chodzimy.

W: Chodzimy?

K: Nie wiecie, co to jest chodzenie? To takie majtanie nogami w celu przemieszczenia się.

Jednym słowem kupa śmiechu. Ta rozgrzewka jest zarąbista, ale jednocześnie polecam ją ludziom zaprawionym w scenicznym boju.

Komentarze

Komentarze