Skąd brać pomysły?

skad-brac-pomysly

Wstyd się przyznać, ale zacznę od tego, że nie mam dobrego pomysłu na efektowny wstęp. Dlatego olewam wstęp i od razu przechodzę do rzeczy.

„Skąd brać pomysły?” to często zadawane, ale generalnie niezbyt dobre pytanie. Jest wręcz fatalne, bo za cholerę nie znam na nie odpowiedzi. Mogę za to odpowiedzieć na inne pytanie. Mianowicie: „Co robić, żeby mieć pomysły?” Czy będę tutaj polecał ćwiczenia na kreatywność? Otóż nie. Lubię je, jestem fanboyem Edwarda de Bono i nawet uważam, że niektóre jego techniki działają. Moim zdaniem zajebista jest chociażby kreatywna pauza, która polega na stymulowaniu mózgu do wymyślania alternatywnych rozwiązań, kiedy wcale nie są one potrzebne (ćwiczenie prowadzi do takich genialnych koncepcji jak zastąpienie schodów budynkiem, który wsuwa się i wysuwa z ziemi).

Technikę od czasu do czasu można sobie trachnąć. Ale po jaką cholerę ślęczeć całymi godzinami nad kartką, skoro mamy do dyspozycji zajęcia praktyczne o średniej długości 76,8 lat?  I jakkolwiek jest to myśl trywialna, mam na myśli życie. Żeby mieć pomysły, musisz jeździć po świecie. I nie zaczynaj mi tutaj biadolić, że nie masz pieniędzy. Bo egzotyka czai się za każdym rogiem. Wystarczy pojechać do pieprzonego Kijowa, żeby zobaczyć cerkwie z dachami ze złota i wielki, marmurowy cyrk, który stoi w centrum miasta. Ba, czapka z wrażenia może spaść już nawet w Lublinie. Bezczelni sprzedawcy lewych papierosów pod dworcem autobusowym jasno pokazują, że miasto leży w Europie Zachodniej tylko teoretycznie.

Była sobie kiedyś książka „Neurobics”, która proponowała ćwiczenia rozwijające kreatywność w codziennym życiu. Tak, możesz stymulować mózg codziennie wybierając inną drogę do pracy albo próbując rozpoznać nominały miedziaków palcami u stóp (autentyczne techniki z książki). Ale po co? Skoro możesz również ciekawie żyć. Ucz się języków. Otwierają wielkie, przestronne wrota w bani. Po angielsku dom, w którym mieszkasz nie musi być Twoim Domem (house i home). Po węgiersku starsza siostra to nővér, a młodsza z jakiegoś zrozumiałego tylko dla gulaszarzy powodu to húg. (Niedawno rozmawiałem o tych kwestiach z Konradem Kaliszką, więc czuję się zobowiązany, żeby go oznaczyć.)

 

Czytaj książki. Ale nie daj się zapędzić w pochłanianie nadętych bzdetów w rodzaju Prousta i Cortazara. Dobra, naprawdę dobra fantastyka może lepiej działać na wyobraźnię niż niejeden noblista. Bo dobra fantastyka posiada osobny, skomplikowany świat, w którym wszystko, absolutnie wszystko może być inne (jako przykład podam utwory Jacka Dukaja i Iana McDonalda). A przy okazji, to nie pozostawaj w książkach. Graj gry, oglądaj w opór Youtube’a i rób rzeczy. Rób tyle rzeczy, ile tylko zdołasz. (Ja na przykład z jakiegoś całkowicie dla siebie niezrozumiałego powodu właśnie uczę się podstaw iluzji).

Edek de Bono kiedyś powiedział, że dla kreatywnego rozwoju czasami warto przeczytać książkę, która Ci się nie podoba. To samo tyczy się ludzi. Poznawaj ich w opór. Różnych, dziwnych, podejrzanych, takich, których za cholerę byś nie wybrał na swoich przyjaciół. Hipsterze, gwarantuję, że rozmowa z fanatycznym wyznawcą PISu, który na lewo karczuje lasy na Podkarpaciu, otworzy Ci w głowie klepki, które wolałbyś pozostawić zamknięte.

Gwarantuję też, że jeśli będziesz robił to wszystko, w Twoim łbie powstanie wielki kocioł. Dziwna potrawa kuchni fusion. Nieoceniony konkokt z niepasujących do siebie składników. I z niego będą rodzić się pomysły. Z niego powstanie w cholerę oryginalnych pomysłów, a część z nich nawet okaże się dobra…

I ten tekst powinien kończyć się niezwykle odkrywczym i porywającym Call To Action. Ale skończy się mało odkrywczym. EEE, PODOBAŁO SIĘ? TO, KURNA, UDOSTĘPNIJ.

Komentarze

Komentarze