Sit Down for Stand up Comedy i warsztaty z humoru na Magic Camp

dom gościnny Zalewski

 

Obecnie robię bardzo dużo rzeczy (przy czym większość z nich jest mniej lub bardziej powiązana z komedią). Patrząc w ofertę można odnieść wrażenie, że w moim życiu zawodowym panuje chaos. Prowadzenie imprez, warsztatów, bloga, Youtuba i oczywiście robienie stand-upu w dwóch językach. Okazuje się, że z tego całego pierdolnika wyłania się całość, może nie spójna, ale jednak dobrze się uzupełniająca. Krótko mówiąc, czuję, że moja kariera nabiera rozpędu między innymi dlatego, że naparzam na kilku różnych (ale podobnych) frontach. Tego posta piszę szóstego lipca. Pierwszego lipca pracowałem na imprezie firmowej dla QVC, trzeciego lipca grałem w Budapeszcie, czwartego w Warszawie podczas Sit Down for Stand Up Comedy, a piątego poprowadziłem warsztaty dla iluzjonistów na Magic Campie (ale bynajmniej nie z iluzji).

Krótko mówiąc, dzieje się tak dużo, że opisuję po kilka wydarzeń w jednym poście. Czy faktycznie muszę to robić? Czy muszę je opisywać? Czy nie powinienem poświęcić cennego czasu na odpoczynek? Moim zdaniem muszę. Bo widzę, że wszystko z czasem się sumuje. Że drobne posty trafiają w wyszukania, a później generują efekt kuli śniegowej. Każdy wpis na blogu, każda notka na Facebooku i każdy filmik na Youtubie się liczy.

A więc do Warszawy przyleciałem z Budapesztu. Chwilę zajęło mi znalezienie hostelu, a prosto z niego pojechałem do lokalu Cynamon Kardamon na Sit Down for Stand Up Comedy. Miejsce nie nowe, ale impreza jak najbardziej. Prowadzi ją Ian – Angol w okolicach sześćdziesiątki, który najwyraźniej dopiero rozpoczyna karierę komediową. Reszta ekipy sprawdzona. Urocza Christine Skobe. Zakręcony Andrzej Sosnowski, który robi alternatywny stand up z okazyjnym użyciem trąbki. Ricky Krzyzewski – jeden z najlepszych parodystów, jakich w życiu widziałem. Występ fajny, widownia pozytywna, jedynie trzech ekstremalnie pijanych hecklerów trochę drażniło nerwy.

Na występ wpadł też mój kolega z dzieciństwa, który był na tyle uprzejmy, żeby mi zrobić zdjęcie i wrzucić je na Twittera 🙂

 

Niestety wbrew tradycji nie mogłem zostać na całonocną bibę, bo następnego dnia musiałem wstać o absurdalnie wczesnej dla mnie godzinie (siódma). Noc minęła jak z bata strzelił i już spotykałem się ze Sławkiem Kowalskim. Ciekawa Postać. Z dystansem, na co wskazuje już jego pseudonim sceniczny – Paskudny Iluzjonista Menello. Sławek twierdzi, że jestem jego odpowiednikiem w środowisku stand-upowym. Nie kłócę się. Coś w tym może być. Obydwaj jesteśmy sporo starsi od większości kolegów z naszych branż. Obydwaj drzemy też łacha z prób zrobienia zawrotnej kariery w rok. Ja często wkurzam ludzi z rozmysłem. Pewności mieć nie mogę, ale wydaje mi się, że Sławek robi to samo.

Pojechaliśmy pod Warszawę do domu gościnnego państwa Zelewskich (tych od cyrku). Z jednej strony to nie jestem zwolennikiem męczenia zwierząt za pieniądze, a z drugiej to jest to niesamowite miejsce (lamy w zagrodzie, przyczepy mieszkalne na podwórku, motywy cyrkowe wyglądające z każdego kąta). Tutaj odbywa się Magic Camp – organizowany przez Sławka obóz dla iluzjonistów. Podczas tygodniowego wyjazdu chłopaki (dziewczyny nie ma żadnej) uczą się trików, zasad prezentacji na scenie oraz pisania żartów. Warsztaty z tej ostatniej dziedziny prowadzę oczywiście ja.

Cztery godziny, wytężonej pracy. Kilkanaście technik (z czego trzy już kiedyś opisywałem). Dawno nie miałem okazji pracować z tak sprawną i zaangażowaną grupą. Pojawia się bardzo dużo ciekawych pomysłów. Podczas ćwiczeń z wyolbrzymiania bardzo duże wrażenie zrobił na mnie żart Patryka:

„Wyskoczyłem na deskorolce tak wysoko, że zbiłem piątkę ze świętym Piotrem.”

Jak już mówiłem, w obiekcie znajduje się pełno przedmiotów cokolwiek niesamowitych, pompatycznych, ocierających się o kicz. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać przed poprowadzeniem warsztatów siedząc na tronie z absurdalnie wysokim oparciem.

Komentarze

Komentarze